Antybiotyk x2

Dzisiejszy (właściwie wczorajszy bo już po północy) poranek był straszny. Dziewczynki obudziły sie obie jednocześnie, Marysia atakiem duszącego kaszlu, Julia zalana maksymalnie. Całe szczęście babcia z góry jeszcze nie wyszła do pracy to zbiegła i pomogła mi opanować sytuację. Dziadek zadzwonił po pediatrę z przychodni na osiedlu – dzięku Bogu istnieje coś takiego jak wizyty domowe. Pani doktor przyszła w południe, osłuchała Marysię, obejrzała gardło i stwierdziła że wszystko ok, ale gdy Maryśka zakaszlała od razu wypisała receptę na antybiotyk. Podobno to częste u dzieci – wszędzie czysto, a kaszel jak u gruźlika – jakieś zapalenie krtani. Poza antybiotykiem masa innych preparatów do połykania. O zgrozo! Na szczęscie mamy inhalator i chociaż coś można podać inaczej. Po południu Julinkowa pani doktor postanowiła Julce też wprowadzić antybiotyk – objawy podobne, stan podgorączkowy, wszędzie czysto, a jednak nie tak jak powinno. Tym sposobem mamy mały szpital w domu 😦

Jedyne pocieszenie, że teraz już musi ruszyć ku lepszemu – pod warunkiem że antybiotyki trafione. Eh…

A w telewizji straszą pandemią grypy. Brrr… Mam nadzieję, że skończy się tylko na straszeniu!

Mikołajki

Już mi dokucza baaardzo chroniczny brak super ekstra wiadomości, ale życie jest jakie jest…

Mikołajkowy poranek przywitał nas gorączką 38,5 u obu dziewczynek. Zamiast szukania w butach prezentów były akcje odsysania Julii i próby podania przeciwgorączkowego leku Marysi, która na sam widok lekarstw rzuca się i pluje jak popadnie. W południe udało sie opanować sytuacje na tyle, że obie trochę odpoczęły, gorączki zmalały.

Jednak farby od Mikołaja do malowania łapkami muszą poczekać. Julia źle przechodzi infekcję 😦 Jest strasznie smutna i zmęczona. Marysia notomiast, poza atakami płaczu (podejrzewam, że spowodowanego bólem dziąseł) jest w dobrej kondycji psychicznej. Wystarczy jej ściągnąć rajstopki i już zajmuje się swoimi nogami i świata poza nimi nie widzi.

Teraz obie śpią. Czoła maja jeszcze ciepłe, Julkę co chwilę przebudza katar, a Marysię jej własny okropny kaszel (też zresztą od kataru). A jutro o świcie wyjeżdżam do Koszalina, gdzie będę trzymać do chrztu Kasię. Mam nadzieję, że tata da sobie radę, czemu nie, w końcu zawsze sobie daje radę…

W pętli

Miesiąc temu pisałam o wirusach, które nawiedziły nasz dom: najpierw Marysia katar, potem Julia gorączka, potem mój kręgosłup i angina… Ciąg dalszy wygląda następująco: po 10 dniach z antybiotykiem wciąż jestem chora, w między czasie tata zmagał się z bólem gardła i katarem (jeszcze trochę prycha), a od dwóch dni Marysia znowu ma paskudny katar i jeszcze na dodatek spuchły jej dziąsełka, idą zęby… Do tego zalało nam mały pokój, a właściwie nasze łóżko, więc musieliśmy sie przenieść do "salonu". Mieliśmy nadzieję na podładowanie akumulatorów na corocznym skupieniu naszej wspólnoty, ale stan zdrowia naszych pociech nie pozwolił nam na wyjazd z domu. I jak tu nie mieć "depresji" (czyt. doła)?

To by było na tyle jeśli chodzi o narzekanie! Następnym razem będą już tylko dobre wieści (mam nadzieję)…

Na koniec jeszcze kolejne integracyjne zdjęcie. Ptaszek lata i śpiewa. I jak się okazuje nie tylko maluchy są nim zainteresowane. Julka nie odrywa od niego wzroku 🙂

Po(d)stępy

Nie wiem czy to ta jesień mnie tak przytłoczyła, czy to, że Marysia tak wspaniale się rozwija i przypomina mi czasy kiedy Julka była taka mała… Paradoks! Im więcej radości sprawia mi widok żywej Maryśki i jej cudowny śmiech, tym większy mam żal z powodu zaniku mięśni Julii. Niby terapeuci mówią że nie jest źle, że nie słabnie, ale wszystko bym oddała żeby zobaczyć Julkę tak roześmianą jak jej młodsza siostra. To jeden z tych po(d)stępów SMA. Nie lubię o tym mówić, ale wszystko bym znosiła dzielniej gdyby tylko Julka mogła mówić i śmiać się jak dawniej. Zawsze miałam nadzieję, że nas ominie słabnąca mimika twarzy, niestety… Jestem po prostu wściekła na to wszystko! Czekam każdego dnia na cud i modlę się żebym miała siłę stawić czoła życiu każdego następnego dnia. To wszystko jest takie niesprawiedliwe 😦

Derby

Przepraszam, że tak mało sie odzywam ostatnio, ale pracuję nad kolekcją świątecznych kartek. Idzie mi to wolno, bo mam czas tylko po 22-giej. Już wiem czemu małych dzieci nie zabiera się do pracy 🙂

Tak po krótce. Julia pracuje z nowym pulpitem, dzięki czemu może budować wieżę z klocków, co bardzo lubi. Przyciska klocek paluszkiem, a potem z pomocą prowadzi do góry i podnosi palec puszczając klocek tam gdzie chce. Jak trafi na wieżę, to wyrównuje go drugim paluszkiem i jest zadowolona 🙂

Maria dziś wysłuchała relacji dziadka i wujka z meczu LECHIA:ARKA (niestety przegralismy 0:1) i postanowiła, że jak podrośnie będzie chodzić z nimi, koniecznie z szalikiem i w odpowiedniej czapce. A może nawet zostanie piłkarzem, bo ma takiego kopa, że dziś w trakcie kąpieli zalała nam kuchnię…

Julce natomiast już kiedyś wujek obiecał, że ją zabierze, ale może na jakiś spokojniejszy mecz i jak będzie cieplej. Będą potrzebne dwa szaliki 🙂

Wiecie, że niepełnosprawni mogą wchodzić na mecze za darmo i mają miejsce w loży pod dachem?

Osobno poza domem

Sobota była dla nas wyjątkowym dniem – a właściwie nocą próby. Razem z mężem szliśmy na wesele do mojej koleżanki. I żeby się spokojnie i dobrze bawić musieliśmy tak zakombinować, aby nasze dziewczyny były bezpieczne i zadowolone. W ten sposób zarówno Julia, jak i Marysia spędziły sobotnią noc poza domem i bez rodziców. Julka pojechała do naszej pani pielęgniarki, a Marysia z dziadkami do Warzenka, gdzie mieli akurat weekendowe spotkanie z przyjaciółmi. Julka podobno 🙂 była grzeczna, bawiła się z Martusią i Michałem (5 i 9 lat) i całą noc przespała, zresztą tak jak jej młodsza siostra. My natomiast bawiliśmy się wspaniale. Wytańczyliśmy się, najedliśmy, poznaliśmy nowych ludzi i pogadaliśmy z tymi znajomymi sprzed lat… O 2 w nocy zjechalismy do Warzenka, gdzie spędzilismy już w czwórkę prawie całą niedzielę. Pogoda była cudowna więc dziewczyny mogły się porządnie dotlenić.

A dziś od rana pełna mobilizacja i integracja 🙂

Julia już jest w super formie. W nocy śpi spokojnie. Nawet Anka była dziś w szoku podczas ćwiczeń. Zwłaszcza Juline nogi pracują fantastycznie. Mam wrażenie, że chce je podnieść do góry tak jak to robi Maryśka.Obserwacja młodszej siostrzyczki stała się u Julki normą. Już nie reaguje na nią skrzywioną miną.

Marysia natomiast wczoraj po raz pierwszy zaczęła się zanosić śmiechem – za sprawą wujka Karola, który zza pieluchy robił "a ku ku" 🙂

Ja również zdrowieję, także wszystko wraca do normy i oby tak zostało jak najdłużej!!!

Winowajca

Przez trzy dni szukaliśmy przyczyny fatalnej formy psychicznej Julii. Mało spała, wciąż płakała, ciężko było odwrócić jej uwagę. Nie pomagały nawet ulubione bajki. Niby gorączka przeszła w sobotę wieczorem na dobre, ale jeszcze pojawiły się kilka razy stany podgorączkowe, problemy z odessaniem, kilka godzin czuwania w nocy. Dziś już prawie jechaliśmy na Polanki, żeby zrobić serię badań, kiedy pani Grażynka zaproponowała, że pobierze morfologię, mocz i posiew z rurki w domu i zawiezie do szpitala. Wyniki okazały się dobre – nie ma stanu zapalnego. I wtedy coś mnie tknęło, żeby wymacać porządnie buziaka. Znalazłam dwie wybijające się piątki – dwóch winowajców 😦 Dałam jej na noc przeciwbólowy Ibufen, wysmarowałam żelem stomatologicznym i póki co śpi, ale co jakiś czas postękuje przez sen – biedna kruszynka. Serce mi pęka, kiedy płacze. Tak nie wiele można zrobić… 😦 Może macie jakieś sprawdzone sposoby?

Jakby nie było mało, to ja jestem na antybiotyku. Mam anginę ropną, katar i zatkane jedno ucho. I tylko cieszę się, że Marysia wyszła z kataru bez większych komplikacji i rozbraja nas swoim uśmiechem i śmiechem.Mam nadzieję, że zęby Julki się szybko wybiją i znów zacznie się do nas uśmiechać…

3 razy ‚BE’

Pierwsze BE to mój kręgosłup. Niby było lepiej, ale po dzisiejszej nocy (nieprzespanej w dodatku) znów dokucza.

Drugie BE to katar Marysi, przez który kaszle jakby co najmniej miała gruźlicę. Od wczoraj robię jej inhalacje nawilżające, podaję sól morską i więcej witaminek – widzę, że jest lepiej, ale w głowie mam różne wizje, szkoda gadać (tak się ma jak się za dużo przebywało na oddziałach szpitalnych)…

Trzecie BE to 38,3stC u Julki. Temperatura juz się na szczęście zbiła, ale Julka jest marudna i ma dużo wydzielinyTo pewnie kolejny wurus w jej stylu (mam nadzieję, że nic więcej).

I to wszystko właśnie wtedy gdy nie ma taty, a nasza pani doktor na urlopie.

Teraz obie śpią, a ja zabieram się za zaległe drugie śniadanie i obiad…

Delegacja i klapnięty kręgosłup

Dziś rano mój mąż pojechał w tygodniową delegację. I pewnie nie byłoby źle, gdyby nie to, że obudziłam się dziś z potwornym bólem pleców. Nie mogę się schylać ani skręcać (tzn. mogę, ale boli). Anka rehabilitantka uważa, że się przedźwignęłam. Hmm – nie trudno sie przedźwignąć nosząc na rękach 7-kilogramową Marysię. Mam nadzieję, że szybko to rozchodzę, chociaż ten tydzień bez tatusia będę musiała częściej wołać o pomoc babcię z góry. Całe szczęście jutro przyjeżdża wsparcie w postaci cioci Ewy 🙂

Pierwszy dzień zakończył się fantastycznie. Jest 22:00, a obie dziewczyny śpią – to naprawdę sukces! Ja też idę wyciągnąć się i może nasmaruję sie czymś, co by przestało boleć…

Kasia

Przedstawiam Wam moją chrześniaczkę (właściwie przyszłą chrześniaczkę, bo chrzest dopiero za miesiąc). Kasia urodziła się 1 października w Poznaniu. Śliczna jest (co widać) i bardzo grzeczna… 

A poniżej razem ze swoją dwa miesiące starszą koleżanką. Czuję że będą najlepszymi przyjaciółkami.