Dzisiejszy (właściwie wczorajszy bo już po północy) poranek był straszny. Dziewczynki obudziły sie obie jednocześnie, Marysia atakiem duszącego kaszlu, Julia zalana maksymalnie. Całe szczęście babcia z góry jeszcze nie wyszła do pracy to zbiegła i pomogła mi opanować sytuację. Dziadek zadzwonił po pediatrę z przychodni na osiedlu – dzięku Bogu istnieje coś takiego jak wizyty domowe. Pani doktor przyszła w południe, osłuchała Marysię, obejrzała gardło i stwierdziła że wszystko ok, ale gdy Maryśka zakaszlała od razu wypisała receptę na antybiotyk. Podobno to częste u dzieci – wszędzie czysto, a kaszel jak u gruźlika – jakieś zapalenie krtani. Poza antybiotykiem masa innych preparatów do połykania. O zgrozo! Na szczęscie mamy inhalator i chociaż coś można podać inaczej. Po południu Julinkowa pani doktor postanowiła Julce też wprowadzić antybiotyk – objawy podobne, stan podgorączkowy, wszędzie czysto, a jednak nie tak jak powinno. Tym sposobem mamy mały szpital w domu 😦
Jedyne pocieszenie, że teraz już musi ruszyć ku lepszemu – pod warunkiem że antybiotyki trafione. Eh…
A w telewizji straszą pandemią grypy. Brrr… Mam nadzieję, że skończy się tylko na straszeniu!