Po prostu: osiem lat później.

Minęło osiem lat od chwili, która zmieniła wszystko.
Osiem lat od końca jednego życia i początku życia, którego nigdy nie planowałam.
Innego. Trudniejszego. Głębszego. Cichszego.

Przez długi czas nie pisałam tutaj.
Nie dlatego, że zapomniałam.
Ale dlatego, że trudno było znaleźć słowa, które byłyby wystarczająco prawdziwe, a jednocześnie nie rozrywałyby serca na nowo.

Dziś te słowa się pojawiły nie po to, żeby coś domknąć, ale po to żeby zostawić ślad dla siebie, dla innych, dla pamięci.

Czas nie leczy ran.
Ale uczy z nimi żyć.
Uczy wstawać rano, robić śniadanie, odbierać dzieci ze szkoły, śmiać się z głupot.
Uczy, że można czuć wdzięczność i tęsknotę jednocześnie.
Że można być szczęśliwą i pękniętą.
Że się kocha dalej, tylko inaczej.

Dziś jestem mamą dwojga zdrowych dzieci, które wypełniają moje dni.
Dla nich żyję. Z nimi się śmieję, przy nich próbuję być obecna.
Ale gdzieś głęboko zawsze zostaje ta niewidzialna nić do dziecka, które było.
Które było kochane. Które jest częścią mnie, choć już nie obok mnie.

Ten wpis nie ma żadnych wielkich tez.
Nie daje odpowiedzi.
Ale może ktoś, kto go przeczyta, poczuje, że nie jest sam.
Bo nie jesteśmy sami. Nawet w żałobie.

Pamiętam.
I próbuję żyć dobrze z tą pamięcią, a nie mimo niej.

Ku pamięci…

Po prawie dwóch latach od ostatniego wpisu postanowiłam znaleźć miejsce w sieci dla bloga Julki. Poprzednia strona została zamknięta niezależnie ode mnie, ale może tak musiało być…

Teraz, po prawie trzech latach od jej odejścia, czuję, że blog musi wrócić… na pamiątkę dla tych, którzy chcą wspominać… i jako świadectwo dla tych, którzy nigdy Julki nie poznali. Nie będę tu dodawać nowych wpisów. Może spróbuję czasem posprzątać stare, bo widzę, że nie załadowały się wszystkie zdjęcia…

Mówią, że czas leczy rany… Hmm… Widocznie trzy lata to za krótko. Nie jest łatwo, ale żyjemy dalej, pełną parą… z nowymi wyzwaniami, zadaniami, radościami. Z nadzieją cierpliwie czekamy na spotkanie… Tam…