Od kilku dni w domu klimat podwyższonego ciśnienia. Julinkowe gorączki tym razem nie skończyły się po trzeciej dobie, jak to zwykle przy małych infekcjach bywało. Tym razem znów oznaczały zmiany w oskrzelach, może i płucach.
Wczoraj wieczorem pani doktor włączyła antybiotyk i wypisała skierowanie do szpitala gdyby coś się pogorszyło. W nocy włączyliśmy tlen, bo saturacja zaczęła spadać. Całą noc czuwałam, może ze trzy godziny w sumie spałam. Wciąż zastanawiałam się na tym skierowaniem, wykorzystać czy nie… a może damy radę bez szpitala.
Na ogół gdy ktoś słyszy, że Jula jest chora mówi „żeby tylko obyło sie bez szpitala”. Gdy to słyszę przychodzą mi do głowy dwie myśli: 1. Jasne, że się obejdzie bez szpitala, w końcu jestem MAMĄ i znam swoje dziecko najlepiej… 2. O co Wam chodzi z tym szpitalem? Tam pracują lekarze, którzy po to się kształcą by leczyć m. in. nasze dzieci.
W ciągu ostatnich trzech nocy po raz kolejny (chociaż nigdy wcześniej o tym nie pisałam) przeszłam pewien proces emocjonalno-myślowy, w którym po raz kolejny uświadomiłam sobie, że nie jestem lekarzem, nie jestem pielęgniarką.
Jestem inżynierem, muzykiem, poetą, prawie teologiem… Nie muszę się znać na wszystkim i ogarniać wszystkiego (to takie nietypowe zdanie w moich ustach – bo ci co mnie znają lepiej wiedzą, że ja muszę być doskonała we wszystkim). I dlatego już nie będę się czuć winna, że moje dziecko nie dało rady wyleczyć się w domu.
Kiedyś jedna pani doktor podczas pobytu Julki na OIOMie powiedziała mi, że my to mamy OIOM w domu, tylko, że w szpitalu lekarze i pielęgniarki zmieniają się co 8-12 godzin, a my nie.
Poprzednie trzy noce dały nieźle w kość mojej wewnętrznej sile i ambicji. Zwłaszcza ostatnia, podczas której prawie nie zamykałam oczu.
Jak tylko się dowiem czegoś o Julce to napiszę… Na Polanki pojechała razem z tatą. Marysia zaczęła ferie u swojej mamy chrzestnej, a ja muszę wziąć się za swoje oskrzela…