Echo ze szpitala

U nas spokojnie. Tzn. spokojnie zdrowotnie. Rana się leczy, jesteśmy już bliżej założonych przez lekarzy celów. Jula czuje się jak na wakacjach – mama i tata są (na zmiany, ale są), bajki lecą, tylko trochę do Marysi jej tęskno i vice versa.
 
Jednak nie o tym chciałam dziś napisać.

Jest coś w tym szpitalu, co mnie zwyczajnie kładzie na łopatki. I bynajmniej nie są to sprawy związane z naszym pobytem. My to już prawie weteranki, nie da się nas złamać.

Dzieci – chore, bardziej lub mniej "uszkodzone" dzieci, małe dzieci, które są tam bez rodziców. Za każdym razem gdy przechodzę i widzę te okruszynki, same w łóżeczkach, dosłownie pęka mi serce. Dla większości dzieciaczków nie da się nic zrobić póki rodzice się jednoznacznie nie "zdecydują" co dalej. Nic poza modlitwy.

Jest też Piotruś. (http://uwaga.onet.pl/35952,news,,kto_pokocha_piotrusia,reportaz.html)

Piotruś ma trzy lata. Jest super dzieciakiem. Biega po korytarzu, dyskutuje ze wszystkimi. Jego największym problemem nie jest to, że musi być dożywiany pozajelitowo przez specjalną pompę. Piotruś nie ma dokąd wrócić, a mógłby, bo poza tym dożywianiem jest zdrowy. Mama nie jest w stanie się nim zająć, sąd ograniczył jej prawa. Dla Piotrusia jedynym dobrym wyjściem jest znalezienie rodziny zastępczej, która przygarnie go i pokocha.

Od kiedy tu jestem nie mogę przestać myśleć co można dla niego zrobić. Z materialnych rzeczy nie potrzebuje wiele – nowych spodni i pampersów. Tego co potrzebuje najbardziej osobiście nie mogę mu dać, ale mogę szturmować Niebo. Co to byłby jednak za szturm, gdybym robiła to sama. I dlatego proszę Was: Weźcie sobie do serca małego Piotrusia – pomódlcie się o to aby jak najszybciej znalazł rodzinę.

Dodaj komentarz