Rok temu…

To był piękny poniedziałek. Słońce świeciło od samego rana. Prawdziwa wiosna. Jednak piękno tego poniedziałku spowodowane było również tym, że po tygodniowym leczeniu antybiotykiem Jula przespała całą noc, a rano obudziła się naprawdę w dobrym humorze. Jak co tydzień miała zajęcia z rehabilitantem. Jak co dzień obejrzałyśmy kilka filmów przyrodniczych. Chwilę nawet przysnęłam na siedząco przy jej głowie. Nikt by się nie spodziewał…

Po  południu przyjechała pani doktor. Po infekcji nadszedł czas na wymianę rurki. Nic wielkiego, standardowa procedura. Zwykle Julii nawet nie spadała saturacja przy tym zabiegu. Tym razem jednak zadziało się coś…

Coś tąpnęło, nawet do końca nie wiadomo co… Powikłanie, skutek uboczny wieloletniej wentylacji…? Coś… a potem odma. Nie udało się już przywrócić Julii oddechu. Zanim przyjechało pogotowie zapytałam: „Czy ją zabiorą do szpitala?” „Nie.” „Czyli to już koniec” „Tak”… Pogłaskałam ją po twarzy i szepnęłam, że może już iść, że jest wolna. Odeszła szybko. Na jej twarzy nawet nie zdążył pojawić się grymas, który zwykle pojawiał się przy bólu. O 16:40 po raz ostatni uderzyło jej serce. 

Powietrze zgęstniało, zapadła cisza, czas się zatrzymał…

Zakończenie wakacji

No i mamy 1 września… Lada dzień zaczną przychodzić do Julki panie nauczycielki… Młodsza siostra została dziś pasowana na ucznia tak jak Jula dwa lata temu (tym samym ołówkiem) 🙂

Lista z wyprawką pierwszoklasistki byłą długa, ale udało się ją skompletować, łącznie z biurkiem i krzesłem. Julia nawet pomagała tacie biurko składać.

Żeby było sprawiedliwie Julia też dostała nowe kredki i … piórnik (wcześniej wszystkie swoje przybory miała w pudełku, ale teraz zobaczyła piórnik u młodej i pozazdrościła). Wybrała taki z Fineaszem i Ferbem…

Końcówkę wakacji spędziliśmy w domu, u babci w Tczewie i jeszcze raz na działce. Tak szybko zleciały… Ledwo znieśliśmy upały, a już jesień za rogiem.

W ostatni weekend byliśmy na ślubie cioci Mary. Było pięknie. Julia i Marysia były z nami. Mary bawiła się wspaniale, Jula trochę się denerwowała. Po krótkiej diagnozie okazało się, że po prostu nie znosi strojów wieczorowych (a zwłaszcza rajstop i gumek w eleganckich spódniczkach). Po kilku godzinach wesela pojechała do domu, gdzie zaopiekowała się nią niezastąpiona ciocia Grażynka.

W sumie niezłe zakończenie wakacji 🙂

Wakacje

Właściwie jutro koniec wakacji… Jak ten czas zleciał.

W tym roku wakacje przeżyliśmy bardzo dynamicznie. W lipcu w domu przyjmowaliśmy gości, a sierpień praktycznie cały spędziliśmy podróżując. Pierwszy raz wybraliśmy się na południe Polski. Urlop (czyli wolne taty z pracy) zaczęliśmy na Górze św. Anny pod Opolem na naszych corocznych rekolekcjach. To były wyjątkowe rekolekcje, bo uczestniczyło w nich ok. 250 osób z całej Polski.

Kolejnym przystankiem był Kraków, gdzie spędziliśmy kilka dni u siostry taty. Widzieliśmy jak smok zionie ogniem, obeszliśmy starówkę, kapaliśmy się w aquaparku, poszliśmy pierwszy raz razem do kina. Wyskoczyliśmy też na jeden dzień do Zakopanego, żeby pokazać naszym dziewczynkom góry.

Będąc w Opolu postanowiliśmy sobie, że w miesiącu sierpniu nawiedzimy wszystkie sanktuaria szensztackie w Polsce, jest ich 6 – w Winowie k/Opola, w Zabrzu-Rokitnicy, w Józefowie i Świdrze k/Warszawy, w Bydgoszczy i na Górze Chełmskiej k/Koszalina. W tej kolejności je odwiedziliśmy.

Wakacje obeszły się bez chorowania, spadków formy. Julia była niesamowita – spokojna, cierpliwa i zadowolona z wojaży…

A teraz już zaczynamy kompletować pomoce szkolne. Trzeba kupić zeszyt, nowy klej i farby do malowania palcami, bo stare już się skończyły…

W Porcie

Jak nadrabiać zaległości, to na całego…

24 lipca spotkaliśmy się z Preclem i jego rodzinką w gdyńskim porcie. Spacerowaliśmy, podziwialiśmy statki (z zewnątrz), pogadaliśmy trochę, zjedliśmy razem obiad.

Miłe są te spotkanka. Dzieciaki też na nie czekają. Może nie mogą za bardzo pogadać i poszaleć, ale lubią się zobaczyć i pospacerować Kimba w Kimbę.

 

Dni Pruszcza

W weekend Pruszcz Gdański (nasze gminne miasto) miał swoje dni… Krótko mówiąc jedna wielka impreza. Nie zabrakło atrakcji dla dzieci, w tym koncertu Arki Noego (czy jak to mówi Mary „Arki Małego”). Wybraliśmy się więc w sobotę całą rodzinką na koncert. Julia była zachwycona. Siedziała sobie na wózku w pierwszym rzędzie. Przed nami były tłumy dzieciaków, ale na szczęście zrobiła się luka na tyle, że Jula mogła zobaczyć tańczących i śpiewających na scenie małych artystów.

Jula

Marysia była mniej zachwycona. Głosna muzyka i tłum ludzi to zdecydowanie nie jej klimaty, wobec czego trzymała się kurczowoł moich ramion (po czym miałam zakwasy) i zatykała dłońmi uszy. Jedynie podczas oklasków sie uaktywniała. Podobała sie jej natomiast zabawa na placu zabaw i stoisko z wielkimi klockami. Nie mogliśmy jej od nich odciągnąć… Nasz Bob Budowniczy 🙂

Mary

Następnego dnia już tylko tauś wybrał się do Pruszcza – na koncert HEY’a.

Wirusy nas lubią

Od tygodnia planuję, co zapakować na nasz długo wyczekany wyjazd Wielkanocny do Józefowa pod Warszawą. To będzie już trzeci pobyt u Ojców Szensztackich w czasie Triduum Paschalnego. W tym roku zaplanowaliśmy ciut wydłużony urlop o cały Wielki Tydzień i powrót do domu, tak aby spędzić część świat z rodziną. Nie mogę się doczekać ciszy lasu, spotkań ze znajomymi, kolacji u Precla 🙂 i wycieczek, które chcemy sobie zorganizować do Warszawy.

Żeby jednak nie było zbyt sielankowo, od wczoraj wszystkie trzy (mama, Mary i Julka) jesteśmy zalane katarem. Na szczęście wygląda to na kilkudniowy wirus. Tatusia jak zwykle nie chwyciło, i dzięki Bogu! Mam nadzieję, że szybko pozbędziemy się intruzów i wrócę do planowania…

W poniedziałek wyjeżdżamy, do tego czasu mamy zaplanowane jeszcze trzy spotkania, więc odezwę się jak wrócimy…


Na wszelki wypadek, gdybym nie miała okazji,
już dziś Wam życzę
szczególnego błogosławieństwa na najbliższy czas,
głębokiego przeżycia Wielkiego Tygodnia,
zwłaszcza Triduum Paschalnego
i prawdziwej radości Niedzieli Zmartwychwstania.

Cisza oznacza spokój

Spojrzałam dziś na datę ostatniego wpisu i trochę się zdziwiłam, jak ten czas leci…

Zgodnie z tytułem u nas cisza i spokój, ale to chyba głównie w medycznym znaczeniu, bo na co dzień towarzyszy nam pęd i dynamika działań – wiosną to zaczyna być typowe dla naszej rodziny. Spotykamy się z przyjaciółmi, pracujemy, rozwijamy itp. Jeden weekend spędziliśmy nad Wisłą, kolejny ja wyjechałam na Jasną Górę. I tak, cały czas mamy zaplanowany… na następne 3 miesiące 🙂

Tak więc czas leci, dziewczyny rosną… Wczoraj Julka poznała na żywo swoją najmłodszą kuzynkę – Emi.

Ochrona kręgosłupa

Wraz z nowym terapeutą Julii w naszym domu zawitały nowe zasady dbania o plecy mamy i taty. Pan Marcin jest szczególnie wyczulony na tym punkcie. No i dobrze 🙂 W końcu ktoś… I między innymi właśnie dlatego zakupiliśmy ten oto czerwony stół do masażu. Jest śmiesznie tani (jak na taki sprzęt i w porównaniu do rożnych innych Julinkowych sprzętów jakie mamy w domu) i śmiesznie mało miejsca zajmuje po złożeniu. Można regulować jego wysokość. Łatwo się składa i rozkłada, więc korzystamy z niego gdy przychodzi czas rehabilitacji albo czas kąpieli. Przy rehabilitacji, pan Marcin bardzo go sobie chwali (wcześniej przyjeżdżał ze swoim stołem), natomiast pielęgnacja Julii po kąpieli stała się dużo łatwiejsza i już nie bolą mnie plecy od schylania i wyginania się nad łóżkiem.