Wiosna

W końcu na dobre zawitała wiosna. Wystawiliśmy u dziadków na tarasie leżaki i huśtawkę. I możemy się wygrzewać… wszyscy… Jula też 🙂 Z podziwem i rozmarzeniem patrzyła w bezchmurne niebo, na którym co jakiś czas pojawiały się różne ptaki (w tym bociany – nasze ulubione). A później ucięła sobie drzemkę razem z mamą na huśtawce…

I tylko trzymamy kciuki, żeby pogoda utrzymała się do 1 maja, bo wybieramy się na pieszą pielgrzymkę do Matemblewa do Sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej . Wędrujemy spod Katedry w Oliwie przez Dolinę Radości w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. W zeszłym roku niestety nie udało nam się zebrać, bo nas zaskoczył deszcz. A trasa jest piękna i … asfaltowa, więc też wózek spokojnie pojedzie. Gdyby ktoś miał ochotę się przyłączyć to gorąco zapraszam – więcej informacji na stronie naszej wspólnoty TUTAJ.

Na spacerze

Wczoraj razem z mamą Lenki wybrałyśmy się z naszymi dziewczynkami na wspólny spacerek ulicami mojego osiedla… Zjadłyśmy lody i winogronka, Lena zaliczyła pierwszą wizytę u fryzjera, a na koniec siedziałyśmy na placu zabaw i huśtałyśmy się na huśtawce. O ile Lena była zachwycona, to Julka nie za bardzo tolerowała odłączenie od respiratora (strasznie zalewała się i musiałam ją co chwilę odsysać). Nie mniej na huśtawce się pobujała, pieski zobaczyła… A najbardziej podobało jej się jak się inne dzieci bawiły.

Po świętach

Wróciliśmy dzisiaj z naszej Józefowskiej przygody z Wielkanocą… Trochę zmęczeni, ale szczęśliwi i choć tata nabawił się przeziębienia to i tak to były nasze najpiękniejsze święta – za co jesteśmy przeogromnie wdzięczni Ojcom i klerykom 🙂

Brak krzątaniny przedświątecznej (niezbędnej w domowych warunkach), dużo czasu na przeżywanie tego co w tym czasie naistotniejsze, przegadane godziny na poważnie i na mniej poważnie, świeże powietrze, a przede wszystkim wszystko to w cieniu naszego sanktuarium – niesamowite przeżycia. Gdyby tak człowiek mógł, to by jeździł w każde święta i nie tylko.

Jula też zadowolona z wyjazdu, bo w pokoju był telewizor i w wolnym czasie można było coś obejrzeć 🙂 Poza tym tyle wujków ją zabawiało. Najbardziej spodobała się naszej Julce "grzechotka" przywieziona bodajże z Afryki – zresztą to była jedyna zabawka, którą znaleźliśmy w Emilówce (dom Ojców się tak nazywa).

Szkoda tylko, że aura nie dopisała. Były prześwity słoneczka, ale za mało, żeby skorzystać więcej ze świeżego nadwiślańskiego powietrza… A śnieg w lany poniedziałek to już był hit 🙂 – co absolutnie nie przeszkodziło niektórym ojcom urządzić wielkie polewanie (klerycy tylko donosili wodę we wiadrach). Całe szczęście, że miałam dyżur z Julą w domku 🙂

Nasz pobyt w Józefowie skończyliśmy grilem urodzinowym o. Mirka w poniedziałek wieczorem. Ach, ta karkóweczka 🙂 – miodzio. A we wtorek o 6 rano wyruszyliśmy w stronę Bydgoszczy, odwiedzić jeszcze przyjaciół i stamtąd prosto do domu. No i jesteśmy – chociaż ciałem na Rotmance, to jeszcze sercem w Józefowie. Przy naszej MTA…

Domowe przedszkole

Dziś po południu opiekowałam się Zuzią (3 miesiące starszą od Julki). Troche się obawiałam, czy dam radę, ale całe szczęście Zuzia nie tęskniła za mamą. Cały czas się ładnie bawiła, głaskała Julę, przynosiła jej książeczki i nawet nie przestraszyła się cioci i wujków, którzy przyszli w odwiedziny. Ciekawe jak to będzie jak urodzi sie dzidziuś. Czy będzie zazdrosna? Póki co nie jest o żadne dziecko, które do nas przychodzi, które trzymam na rękach czy przytula sie do mnie (tak jak Zuzia). Jednego jestem pewna – będzie wesoło!

A dziś jeszcze Lenka u nas była z mamą…

Jasna Góra

W weekend cała nasza czteroosobowa rodzinka przeszła mały sprawdzian życia. Każde z nas na swój sposób. A wszystko za sprawą nocnego czuwania modlitewnego Ruchu Sznsztackiego na Jasnej Górze, na które to wybrałam się autokarem z 48-stoma innymi osobami z naszej diecezji.

Tata pierwszy raz został z Julą na dłużej niż kilka godzin, łącznie z nocą, Jula pierwszy raz została z tatą na dłużej i bez mamy, mama zostawiła swojego skarba pierwszy raz na ponad dobę i poddała swój organizm na próbę odporności, no i Fasolka – pierwsza taka wyprawa. O ile tata z Julą poradzili sobie profesjonalnie, mimo nocnego stanu podgorączkowego Juli, to dla mnie i Fasolki wyjazd, mimo przebogatych treści i spotkania z ludźmi, okazał się dość ciężki. Maleństwo chyba w ogóle nie mogło spać, cały czas oprotestowywało moją siedzącą pozycję kopaniem, a na Jasnej Górze reagowało na każdy śpiew.

Ja byłam dzielna do trzeciej nad ranem. Do tego czasu chłonęłam jak gąbka cały klimat spotkania – samo bycie u stóp Królowej Polski – zwłaszcza że na Mszy Św. siedziałam prawie pod samym obrazem w prezbiterium, spotkania z ludżmi z całej Polski, których tak rzadko się spotyka, konferencję na temat macierzyństwa, świadectwa ludzi, a także wykład o uczuciach i film o Janie Pawle II z Johnem Voightem w autokarze w drodze na Częstochowy. Jednak mój organizm odmówił posłuszeństwa po trzeciej. Zmęczenie i stan błogosławiony no i ta wichura spowodowały nadszarpnięcie mojej jak dotąd super odporności. Liczę, że mi przejdzie w ciągu kilku dni…

Pawełek

Dzisiaj razem z mamą Lenki pojechałysmy wieczorkiem do mamy Pawełka (niektórzy z Was pewnie znają Pawełka ze strony www.pavelek.blox.pl ).

W związku z tym, że mama Pawełka straciła na razie dostęp do internetu pozwalam sobie napisać co u nich słychać. Właściwie nie wiem od czego zacząć… Pawełka widziałam ostatnio w ubiegłoroczne wakacje. Od tamtego czasu bardzo się zmienił – urósł i stał się bardzo bystrym chłopcem. Mimo późnej pory dzielnie towarzyszył nam w naszych rozmowach, obserwował uważnie i nawet udało mi się go rozśmieszyć. Niestety jak wszystkie nasze dzieci ma jakąś infekcję wirusową, więc jego forma nie była najlepsza. Cały czas ma problem z wydzieliną i stany podgorączkowe 😦 Taka pogoda – wszyscy chorują… Udało mi się pstryknąć zdjęcie jeszcze przed spaniem (oczy mu się zamykały, ale do końca chciał słyszeć o czym rozmawiamy).

Gorzej wygląda sprawa z mieszkaniem dla rodziny Pawełka. Mama na blogu wyjaśniała to jakiś czas temu (tutaj). Póki co muszą przenieść się do rodziców na dwa malutkie pokoiki i nawet nie mogą wziąć ze sobą pieska, którego Pawełek tak uwielbia. Starają się wprawdzie o mieszkanie od miasta, ale póki co wodzą ich za nos w Urzędzie Miasta. Niby mogliby dostać takie do remontu, ale nawet o tym cisza. A sytuacja jest naprawdę bardzo trudna. Niedługo mama ma drugie spotkanie z wice-prezydentem Gdańska – może coś się zmieni w tej sprawie…

Bolesne jest gdy ludzie muszą znosić tyle przeciwności, jakby sama choroba dziecka nie wystarczyła. Jednak mimo wszystko najważniejsze, że Pawełek nie odczuwa tak bardzo tych wszystkich napięć, a przynajmniej mama nie pozwala żeby odczuwał i robi wszystko żeby był szczęśliwy, uczył się nowych rzeczy, poznawał świat i jak najwięcej usmiechał.

Na koniec zwracam się do Was: może ktoś z Was miałby jakiś pomysł na pomoc Pawełkowi i jego rodzicom? Może trochę nagłośnić sprawę, szepnąć coś odpowiednim urzędnikom… nie wiem – nigdy nie borykałam się z takimi problemami, ale jestem pewna, że bez konkretnej pomocy, ich czekanie na spokojne i stabilne życie będzie się przedłużało 😦

Refleksyjnie

W weekend byliśmy w Wilkowie koło Koszalina na naszym wspólnotowym skupieniu zimowym. Wśród przyjaciół i w rodzinnej atmosferze rozważalismy myśli o małżeństwie, o Krzyżu, o Opatrzności Bożej, przegadaliśmy mnóstwo godzin, dzieląc się każdy swoim życiem. Nie zabrakło również śmiechu, zwłaszcza przed tym plazmowym telewizorem ;)))) I mimo, że było strasznie zimno, to atmosfera i żywiołowość ludzi ogrzewały nasze serca tak spragnione tego spotkania. I jeszcze nasze dzieci… – takie małe huragany rozbiegane po całym domu. No i Julka na swoim siedzisku z nowym statywem adorowana przez Wojtusia i rozbawiana przez Oliwkę i trochę starszą Julkę – szczęśliwa, że jest wśród dzieci…

Co do reflekscji – szczególnie utkwiły mi w głowie treści związane ze znakami Bożej Opatrzności w naszym życiu, jak to Pan Bóg otwiera przed nami coraz to nowe drzwi, czasem daje nam wybór czy chcemy je przekroczyć, czasem popycha nas nie dając go, ale za każdym razem za nimi daje siłę by iść dalej, daje środki (w naszym przypadku naszą wspólnotę), dzięki którym jesteśmy w stanie przejść to co dla nas przygotował. I chociaż nie do końca jesteśmy w stanie zrozumieć i przewidzieć cel pewnych wydarzeń, często trudnych, to wiara, że nie jesteśmy sami i świadomość, że są z nami ludzie, którzy nas wspierają dodaje skrzydeł.

I tak przekroczyliśmy kilkoro drzwi w naszym życiu zanim nie stanęliśmy w tych, w których pojawiła się Julka – uśmiechnięta z bystrym spojrzeniem, wywracająca nasze życie co dzień do góry nogami… I przeszliśmy dalej silni modliwtą i wsparciem ludzi, aby stanąć przed kolejnymi, powoli otwierającymi się – co za nimi będzie, przekonamy się za kilka miesięcy. Dziś wiemy tylko, że cokolwiek jest dla nas przygotowane dalej przyjmiemy to z wiarą…

2007 –> 2008

No i skończył się stary 2007 rok, weszliśmy w nowy 2008. Czy będzie lepszy? Oby nie był gorszy… Nie chcemy przechodzić już szpitali, tych trudnych decyzji i drastycznych zmian. I choć nie było tak źle, bo rok w którym zawiera się przyjaźnie, rok w którym pokonuje się kroki milowe we własnym dojrzewaniu, rok w którym patrzy się na rozwój dziecka, nie może być złym rokiem. Nasz 2007 był po prostu trudny… Czy 2008 będzie prostszy? Hmmm… Może lepiej się nie zastanawiać, tylko żyć jak do tej pory, z dnia na dzień, żeby potem na progu 2009 powiedzieć – nie było źle…

A co do samego witania i żegnania tych "roków", to bylismy w Słupsku w gronie przyjaciół ze wspólnoty. Było duuuuużo jedzenia pysznego, dużo miejsca do tańców i dużo dobrego humoru. Imprezę skończylismy o 6 rano…

Nawet Jula miała sylwestrową kreację, ale w tym roku nie doczekała fajerwerków. Zasnęła jako pierwsza. I dobrze, bo przynajmniej miała super wesoły nastrój następnego dnia, w przeciwieństwie do zmęczonych rodziców. W ogóle to po swojej gorączce 3-dniowej jest taka radosna. Śmieje się do wszystkiego i wszystkich.

Przedświąteczne spotkanie

W wirze przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia połączonych z codzienną walką o dobry nastrój ciężarnego żołądka i korzystając z chwili snu mojego starszeo dziecka (młodsze nie wiem jeszcze co robi, bo nie czuję), pragnę opisać z opóźnieniem wydarzenie jakie miało miejsce w ubiegłą sobotę…

Otóż…

Zebraliśmy się całą rodziną od strony taty na spotkaniu "wigilijnym". W związku z tym, że jedna ciocia mieszka w Szwecji i nie ma urlopu na święta, a była w Polsce i tym, że wujek Krzysiu – franciszkanin ma w święta dużo pracy w swojej parafii za Koszalinem, postanowiliśmy przyspieszyć święta o tydzień. Dawno, a może nawet nigdy, nie było takiej okazji, żeby spotkać się w tak licznym gronie. Obie ciocie ze swoimi przyjaciółmi, wujek, my z Julą i oczywiście dziadkowie. Było dzielenie się opłatkiem, kolędowanie (giatara i bębny), wspólne celebrowanie stołu i rozdawanie prezentów. To ostatnie przyniosło najwięcej radości zarówno Julii jak i całej reszcie. Julka jak zaczarowana wpatrywała się w drewniany latający statek, który przyjechał do niej ze Szwecji.

 

 

W ogóle było bardzo miło, ciepło – tak rodzinnie i trochę europejsko. Każdy miał okazję spróbować swoich sił anglojęzycznych, gdyż wujek Johnny jeszcze polskiego nie zna. Najwięcej trenował tata Julki, bo w poniedziałek pojechał w delegację do Szwecji (jego pierwsza służbowa wyprawa za granicę). Wraca dzisiaj dopiero, na szczęście, bo padam po tych dwóch dniach i nocach z nóg. A jeszcze tyle pracy przede mną, w końcu za kilka dni święta. Najbardziej się cieszę na kucharzenie… Mam ambitne plany, mam nadzieję, że je zrealizuję 🙂

Pozdrawiam wszystkich i życzę spokojnych i owocnych przygotowań do Bożego Narodzenia…

Awaryjny wypad

W sobotę pojechaliśmy w czwórkę 🙂 do Słupska, odwiedzić przyjaciół… Wszystko było cudownie, zostaliśmy bardzo serdecznie przyjęci i ugoszczeni przez babcię i dziadka Wojtusia. Bardzo dziękujemy Im jeszcze raz… Tylko Julka taka trochę nie w sosie była, co jak się później okazało, spowodowane było przeziębieniem ostrym… W południe pojechaliśmy razem z Wojtusiem i jego rodzicami do Oliwki. Oliwka jest miesiąc starsza od Julki (to ta dziewczynka co zna literki 🙂 ). Tam Julka miała lepszy humor, Oliwka tak bardzo chciała się do niej prztulać, głaskać… Tylko raz jak zrobiła "buc barana" to Jula się rozpłakała… Poza tym była zachwycona towarzystwem, zarówno Oliwki jak i Wojtusia.

 

 

I wszystko byłoby super gdyby nie magiczne 38,8… Tak więc znów w ruch Ibufen, wit. C, wapienko, dużo picia i nawilżanie. Całe szczęście to tylko jakiś wirus, szkoda tylko że dopadł też mnie 😦 Dziś ledwo chodzę… Obie śpimy ponad normę…

Nie mniej w Słupsku ubawiliśmy się po pachy, zwłaszcza późnym wieczorem 🙂 W domu zlądowaliśmy o 3 w nocy…