W wirze przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia połączonych z codzienną walką o dobry nastrój ciężarnego żołądka i korzystając z chwili snu mojego starszeo dziecka (młodsze nie wiem jeszcze co robi, bo nie czuję), pragnę opisać z opóźnieniem wydarzenie jakie miało miejsce w ubiegłą sobotę…
Otóż…
Zebraliśmy się całą rodziną od strony taty na spotkaniu "wigilijnym". W związku z tym, że jedna ciocia mieszka w Szwecji i nie ma urlopu na święta, a była w Polsce i tym, że wujek Krzysiu – franciszkanin ma w święta dużo pracy w swojej parafii za Koszalinem, postanowiliśmy przyspieszyć święta o tydzień. Dawno, a może nawet nigdy, nie było takiej okazji, żeby spotkać się w tak licznym gronie. Obie ciocie ze swoimi przyjaciółmi, wujek, my z Julą i oczywiście dziadkowie. Było dzielenie się opłatkiem, kolędowanie (giatara i bębny), wspólne celebrowanie stołu i rozdawanie prezentów. To ostatnie przyniosło najwięcej radości zarówno Julii jak i całej reszcie. Julka jak zaczarowana wpatrywała się w drewniany latający statek, który przyjechał do niej ze Szwecji.
W ogóle było bardzo miło, ciepło – tak rodzinnie i trochę europejsko. Każdy miał okazję spróbować swoich sił anglojęzycznych, gdyż wujek Johnny jeszcze polskiego nie zna. Najwięcej trenował tata Julki, bo w poniedziałek pojechał w delegację do Szwecji (jego pierwsza służbowa wyprawa za granicę). Wraca dzisiaj dopiero, na szczęście, bo padam po tych dwóch dniach i nocach z nóg. A jeszcze tyle pracy przede mną, w końcu za kilka dni święta. Najbardziej się cieszę na kucharzenie… Mam ambitne plany, mam nadzieję, że je zrealizuję 🙂
Pozdrawiam wszystkich i życzę spokojnych i owocnych przygotowań do Bożego Narodzenia…
