Ezoteryczny Poznań

Już trzeci dzień jesteśmy w Poznaniu, u naszych przyjaciół. Mieszkamy na ósmym piętrze w wieżowcu na osiedlu Batorego. Codziennie jeździmy windą. Całe szczęście Kimba razem ze sprzętem i Julą na pokładzie mieści się do niej bez problemu. Mam tylko nadzieję, że się nie zepsuje do jutra 😉

Co tu dużo pisać… Jest super. Właśnie tata, ciocia i wujek poszli na basen, a ja zostałam z dziećmi (byłam na basenie przedwczoraj). Jula i Wojtuś śpią, więc mam okazję coś napisać.

Wojtuś przechodzi samego siebie. Już wie kiedy i gdzie włączyć ssak, kiedy go potrzebuję, podaje mi ambu… Poza tym Julę tradycyjnie ściska, całuje, przytula, podaje zabawki. Razem oglądają bajki. Dzięki niemu ja też mam okazję przekonać się po raz kolejny jak to jest mieć w domu takiego rozbrykanego dwulatka…

Wczoraj Jula pierwszy raz jechała tramwajem i była w centrum handlowym PLAZA…

 

 

Do tej pory kierowana przesadną troską nie wychodziłam z nią na dwór jak było poniżej 13stC, omijałam wszystkie sklepy i środki komunikacji miejskiej. Może ktoś powie, że to nieodpowiedzialne narażać ją na innych ludzi, niekoniecznie zdrowych, ale przecież ludzie w sklepie nie podchodzą i jej nie całują, a poza tym podłączona do respiratora oddycha przez rury, które zaopatrzone są w trzy filtry, z czego dwa są przeciwbakteryjne i przeciwwirusowe. Cieszę się, że się przełamałam… Ania, to Twoja zasługa 🙂 Musisz mnie częściej mobilizować 🙂

Zresztą nie tylko to się zmieniło. Druga rzecz, to zaufanie innym ludziom, dotyczące opieki nad Julką. Już nie wiem czy bardziej zaufałam wujkowi czy MTA… Pewnie bez zaufania Matce Bożej nie zostawiłabym Juli z wujkiem… Wujek cały czwartek uczył się pielęgnacji Julki, odsysania, karmienia, przebierania, podnoszenia, obserwowania parametrów respiratora i zachowań Julki, pomagał przy kąpieli. Dzięki jego chęciom i sercu jakie ma do dzieci, już w czwartek razem z ciocią mogłam iść na basen, pochodzić po sklepach i nie martwić się. Nawet wstał o 6 rano Julę nakarmić (normalnie robi to tata, ale dojechał dopiero dzisiaj). Myślę, że jak wrócę do domu, częściej wykorzystam chęci cioci Moni (szykuj się bratowa!) i babci, żeby wyjść gdzieś, na zakupy czy do kina…

Mój apel do mam dzieci z problemami:

Nie zamykajmy się w domu, zaufajmy bardziej ludziom, dajmy szansę naszym dzieciom pobyć z kimś poza nami oraz innym z naszym wyjątkowym dzieckiem, więcej śpijmy i starajmy się regularnie jeść, czasem idźmy potańczyć, raz na jakiś czas do kina, zadbajmy o swoją formę (ja zaczynam od przyszłego tygodnia chodzić na aerobik w formie tańca) i nie martwmy się o wszystko, Maryja się zatroszczy…

5 pokoleń

Od wczoraj w naszym domu mieszka pra-prababcia Julki, babcia mojego taty. Ma już 95 lat i do tej pory mieszkała sama, ale kłopoty z chodzeniem coraz bardziej dawały się we znaki i rodzice postanowili ją zabrać do siebie. W ten sposób nasz dom stał się dosłownie "wielopokoleniowy". Julka, mama – ja, babcia – moja mama, prababcia – mama mojej mamy (mieszka u nas od czasu do czasu) i teraz jeszcze pra-prababcia. Babcia Miła (tak mówimy na naszą prababcię), jest bardzo pogodną i wesołą osobą, ale niestety już nie samodzielną, chociaż bardzo by chciała wrócić do swojego mieszkania. Obcowanie z nią wygląda trochę jak zajmowanie się dzieckiem. Babci już wszystko się plącze, ale śmieje się z tego i pyta 10 raz w ciągu godziny, jak się nazywa jej mąż i czemu on się nią nie zajmuje (już nie żyje 23 lata). Zapowiada się ciekawy, ale zarazem trudny etap naszego życia. Mam tylko nadzieję, że babcia się przyzwyczai do nas i do naszego aktywnego trybu życia.

Pojechali

I pojechali… 😦

Wojtuś i jego mama byli u nas od poniedziałku. Wojtuś jest pół roku starszy od Julki i jest bardzo żywym dzieckiem. Mimo tego, że jest w ciągłym ruchu, był bardzo czuły i delikatny dla Julki. Głaskał ją, całował po rękach, przynosił zabawki, grał na różnych instrumentach. Czasem bardzo chciał żeby Jula towarzyszyła mu i ciągnał ją za rękę i krzyczał 'chodź' – to było przeurocze. Próbował ją też podnieść sam, albo prosił mnie żebym ją posadziła obok niego na podłodze. Super jest też to, że nie próbował wyciągać sondy, łapać za rury ani nie majstrował przy aparatach. Tylko trzeba było uważać, żeby w przypływie czułości Julki nie zgniótł albo nie wykręcił paluszków…

Dla mnie to też był taki szok. Pierwszy raz miałam okazję tyle czasu spędzić z takim zdrowym, żywym dzieckiem. Zetknęłam się z problemami, których z Julą nie doświadczam (m.in. uważanie na to żeby nie rozbić głowy, karmienie, gdy nie chce się jeść, potykanie się o wszechobecne zabawki). Zdałam sobie sprawę, że mój dzień wygląda całkiem inaczej, o inne rzeczy musze się martwić. I właściwie nie mogę teraz sobie wyobrazić życia z takim brzdącem w domu na stałe. Tzn. nie wiem czy dałabym radę sprostać oczekiwaniom i Julki i jej (daj Boże) zdrowego rodzeństwa, zwłaszcza w tym wieku do 3 lat… Pewnie bym dała, bo co innego miałabym zrobić… I pewnie z czasem się o tym przekonam 🙂

Ale wracając do naszych gości… Poza tym, że Julka miała towarzystwo, ja też rozkwitałam towarzysko: 3 babskie wieczory – chyba umiecie to sobie wyobrazić – ple, ple, ple do czwartej rano… A do tego wcale nie jestem zmęczona 🙂

Ania! Przyjedź jeszcze do nas, tylko następnym razem zabierz Przemka (coby Darkowi się nie nudziło z samymi babami) 🙂

Jarmark Dominikański

W sobotę z rana nawiedzili nas znajomi z Bydgoszczy. Żeby nie marnować czasu na siedzenie w domu, postanowiliśmy więc pojechać gdzieś i co nie co zobaczyć. W związku z tym, że goście są z bardziej centralnej Polski, więc logicznym pomysłem był wypad nad morze (czyt. zatokę). Pojechaliśmy więc do Brzeźna na molo (niektórzy mówią, że to Zaspa). Najpierw złapała nas policja za przekroczenie prędkości… brrr…. Na deptaku zjedliśmy lody, popatrzyliśmy przez lornetkę i ruszyliśmy do Gdańska na Jarmark Dominikański. Chyba dawno nie byłam na Jarmarku, bo to zobaczyłam mnie zaszokowało. W każdej uliczce stragany, pełno ludzi, momentami ciężko było przejechać wózkiem – koszmar. Chyba wolę spokojny Gdańsk poza sezonem. Nie mniej napatrzyliśmy się na przepiękne rękodzieła – z bursztynów, witraże, obrazy i in. Najpiękniejsza była, jak zwykle zresztą, ulica Mariacka. Tylko Julce się nie podobała, bo tam bruk jest 😉 i  trochę trzęsie w wózku…

 

W drodze powrotnej zjedliśmy obiadek z pizzerii w Pruszczu Gdańskim i wróciliśmy do domu. Na kolację zrobiliśmy sobie szaszłyki – mniam, popijając wódkę kawową produkcji gości – też mniam, tylko mocne… A w niedzielę goście pojechali dalej, a my przyzwyczajamy się po powoli do bycia w domu, chociaż przed nami jeszcze tydzień urlopu taty, więc pewnie za dużo w domu nie posiedzimy!

Wspólnota

Wróciliśmy do domu z naładowanymi akumulatorami i nowymi numerami telefonów 😉

Ostatni tydzień tworzyliśmy wspólnotę i muszę przyznać, że jak na sześć dni razem, poszło nam całkiem nieźle. Bo skoro dorośli ludzie w wieku od 20 do 40, o różnych charakterkach oraz zawodach, w tak krótkim czasie zawiązują krąg "przyjaźni" to znaczy, że jest nieźle – a to dopiero początek… W Związku Rodzin Szensztackich kursy (nasz jest IX) zawiązują się na zawsze. My jesteśmy na samym początku drogi, więc czeka nas dużo pracy nad sobą, nad więziami. Jednak początek jest bardzo ważny i w związku z tym, ja osobiście uważam, że start mamy dobry 😉 Parę ładnych godzin przedyskutowaliśmy na poważne oraz mniej poważne tematy, śpiewaliśmy poważne i mniej poważne piosenki, uczestniczyliśmy w ciekawych wykładach dotyczących małżeństwa, a dodatkową atrakcją był wypad do Muzeum Powstania Warszawskiego w stolicy (tylko ja z Julką zostałyśmy w domu rekolekcyjnym). W zasadzie każdemu polecałabym taki aktywny duchowo czas wypoczynku.Oczywiście nie tylko dorośli tworzą wspólnotę. Dzieci mamy co nie miara, od rocznika 1992 do 2008 (ten ostatni bobasek jeszcze jest w brzuchu mamy). Julka ma troje rówieśników z 2006: Wojtusia-żółwika (mały uśmiechnięty cherubinek), Oliwkę-B!A!B!A! (najmądrzejsze roczne dziecko jakie poznałam do tej pory) i Amelkę-śmieszkę do potęgi (mówicie, że Julka jest śmieszka, ale przy Amelce wysiada). Julka bardzo polubiła zostawać z dziećmi w pokoju zabaw, szczerze mówiąc, to żałuję, że zaczęłam ją tam zostawiać dopiero pod koniec rekolekcji. Zwłaszcza, że zabrałam do Świdra mojego brata Karola, żeby mi pomógł w opiece, za co OGROMNIE JESTEŚMY MU WDZIĘCZNI (m. in. zostawał z nią wieczorami jak już zasnęła, dzięki czemu mogliśmy z Darkiem do nocy biesiadować i zawierać nowe przyjaźnie). Bo w sumie inne dzieci w jej wieku też chodziły (albo jechały) z siostrą i "dziewczynami do dzieci" i bawiły się z innymi. Tak więc przełamałam w sobie strach i zostawiłam parę razy Julkę z dziećmi, a jak coś się działo (czyt. marudziła, leciało z nosa czy buzi) to mnie wołali i ok. Dzieci polubiły Julkę z jej rurkami, zwłaszcza Jagódka (3 latka). Wszystkim tłumaczyła, że Julka jest chora i ma ała w nosek (sonda), i woziła ją w wózku, i głaskała. Oliwka też była zainteresowana, ale najbardziej chciała Julę bujać w wózku, do czego Kimba w ogóle się nie nadaje 😦 A tak w ogóle i w szczególe: JA UWIELBIAM WSZYSTKIE DZIECI!!!

Na rekolekcjach był też piesek – Lajla. Julia lubi pieski. Nawet głaskała Lajlę, jak już można było się do niej dostać, bo Lajla miała największe wzięcie podczas naszego pobytu w Świdrze.

Szkoda tylko, że wszystko się kończy tak szybko i musieliśmy się pożegnać, z większością na pół roku (niektórych będziemy spotykać co miesiąc na spotkaniach). W czwartek wszyscy pojechali do domów (do Słupska, Bydgoszczy i Trójmiasta), a my umówiliśmy się na spotkanie z rodzicami Precla. Tak jak już napisała Gosia: Precel z dystansem odnosił się do nowej koleżanki, zwłaszcza jak trzeba było ją odessać. Na sam koniec dał się skusić na poleżenie na jednej kanapie. A my pogadaliśmy miło, ale krótko, bo by nam siostry zamknęły bramę. Został więc niedosyt, który będzie trzeba zaspokoić następnym razem (może nad morzem?). Dziękujemy Wam, Gosiu i Danielu, za zaproszenie i do następnego razu!

W piątek odwiedziliśmy jeszcze Ojców Szensztackich w Józefowie niedaleko Świdra. Spędziliśmy tam pół dnia wśród dzikiej przyrody i komarów. Wieczorem zapakowaliśmy się w auto i o północy dojechaliśmy do domu.

WIĘCEJ ZDJĘĆ

Nowy członek rodziny

W sobotę 4 sierpnia wujek Paweł poślubił ciocię Monię… Co to był za ślub!

Co tu pisać? Wybawiliśmy się, wytańczyliśmy, aż nogi bolały, najedliśmy, napiliśmy 😉 Julka na weselu była obecna do godz. 21:30, później zawiozłam ją do domku, gdzie spała do rana pod czujnym okiem pani pielęgniarki (BARDZO DZIĘKUJEMY P. GRAŻYNCE I POZDRAWIAMY!!!). Tata odpadł ok. godziny trzeciej, natomiast mama (czyli ja) bawiłam się do końca (do czwartej), wykorzystując każdą chwilę, wolną od ciągłego czuwania, czy Julka jest bezpieczna. I tego mi było trzeba – szaleństwa na parkiecie z moim szalonym na maxa bratem Marcinem (chrzestnym Julki i świadkiem na ślubie Pawła)…

Następnego dnia (w niedzielę) – poprawiny. Już nie takie szaleństwo jak w sobotę, ale też wspaniała okazja do spotkania z rodziną, a przede wszystkim do filozoficznych rozmyślań (M. – jeszcze wrócimy do tej kropki 😉  ), które doprowadziły do stwierdzenia, że Julka jest jak JAZZ!

Dziś kolejne imprezy poprawinowe – trzeba przerobić jedzonko, które się ostało po weselisku, a było pyszne. Babcia przyjmuje gości, a Państwo Młodzi wsiedli w samochód i pojechali do Zakopanego w podróż poślubną. Tak się zaczyna ich wspaniała przygoda – małżeństwo.

Reasumując: Monia stała się pełnoprawną ciocią Julki i moją bratową…

Julka i Lena

W ubiegły piątek, po półrocznym pobycie w szpitalu na Polankach, do swojego nowego domku wróciła Lena. Już w sobotę pojechaliśmy w trójkę przywitać Lenę w Pruszczu Gdańskim. Dziewczyny patrzyły na siebie z zainteresowaniem, ale najbardzej wzruszającą chwilą naszego spotkania, był ich uśmiech, kiedy położyliśmy je obok siebie na kanapie. Dwa małe słoniki (z sondkami w noskach), uśmiechnięte po uszy, delikatnie dające sobie cześć…

ZDJĘCIA Z TEGO SPOTKANIA

Wciąż jest dla mnie niesamowite, że akurat w tym samym czasie trafiliśmy do szpitala, nasze córeczki mają podobny problem (chociaż Lena nieźle macha rękami, nawet próbowała wyciągnąć Julce sondę z nosa), obie są pod respiratorem, w tym samym wieku, mieszkamy prawie w sąsiedztwie (5km), tak samo chcemy wychowywać (traktować) nasze córki jak zdrowe, fajnie się nam gada i wiele innych rzeczy (np. Marcin – tata Leny pracuje z kuzynem Darka 😉 )… Ostatnio nawet stwierdziłyśmy z mamą Leny, że może szkoda, że poznałyśmy się w takich okolicznościach, ale dobrze, że w ogóle się poznałyśmy. Tak sobie myślę, że Pan Bóg w przedziwny sposób postawił nas na naszych drogach, abyśmy w tym co nas spotkało, nie pozostali osamotnieni.

Tak więc, Lena powoli się klimatyzuje w swoim pokoiku, rodzice na nowo uczą się swojego dziecka (pamiętam te chwile sprzed czterech miesięcy)… Byle do przodu! 

ZOO

W związku z tym, że do mojego 12-letniego brata przyjechał kolega z daleka, postanowiliśmy zorganizować chłopakom wyjście z domu. W sobotę zapakowaliśmy więc wózek, chłopaków i wybraliśmy się do oliwskiego zoo. Od czasu kiedy tam ostatnio byłam, wiele sie zmieniło – wszędzie wyłożona kostka, zrobione podjazdy (tylko w jednym miejscu musieliśmy wózek wnosić po schodach, ale to dlatego, że zboczyliśmy z trasy). Obeszliśmy wszystko co się dało. Z początku Julka nie była za bardzo przejęta wycieczką, powiedziałabym, że wręcz znudzona i zmęczona, ale gdy doszliśmy do małpiarni, to się ożywiła. Podobały jej się skaczące po linach małpy, wykrzykujące obelgi w stronę ludzi nie dających im bananów. Muszę przyznać, że na mnie też robiły wrażenie. Julka patrzyła uważnie, a jak one krzyczały ona się "zanosiła" śmiechem. Podobnie reagowała na słonie, tygrysa i niedżwiedzia. Bacznie przyglądała się również papugom i hipopotamom. Natomiast zwierzęta kopytne w ogóle jej nie interesowały. Wycieczkę skończylismy wypadem do McDonalda. Obowiązkowo lody z polewą karmelową…

ZDJĘCIA Z ZOO

Pleśna

Miała być dwutygodniowa przerwa, ale nie wytrzymałam 🙂

Ostatni tydzień spędziliśmy w Pleśnej nad morzem (kawałek za Koszalinem). Dużo ludzi, dużo dzieci, dużo świeżego, morskiego powietrza, dużo słońca i wiatru, dużo wolnego czasu…. Jednym słowem Julka była w swoim żywiole. Najbardziej cieszyła się z towarzystwa. Codziennie do naszego pokoju przychodziły "pielgrzymki" dzieciaków, które kazały jej robic 'kosi, kosi', 'tup, tup', bawić się lalkami, robić 'a kuku' i inne rzeczy. Julka zdawała się być tym w ogóle nie zmęczona, a po powrocie do domu to nawet tata się zdziwił, że tak jej rączki dobrze pracują 🙂

Mama nauczyła się również nowych, ciekawych rzeczy, które ma zamiar rozwijać dalej w domu. Mianowicie aRtystyczne (Marcin Ty wiesz 🙂 ) prace ręczne. Może nie jestem jakaś wybitnie uzdolniona w tym kierunku, ale zawsze lubiłam robić okazyjne kartki czy różne ozdoby. A teraz poznałam nowe techniki. Może jak dojdę do wprawy zaprezentuję wam moje prace 🙂

MOJE ZDJĘCIA Z REKOLEKCJI W PLEŚNEJ 

ZDJĘCIA D.J.S.

ZDJĘCIA DZIADKA

Wspólnotowy zlot

Parę godzin temu wróciliśmy z Bydgoszczy. Uczestniczyliśmy tam w Ogólnopolskim Spotkaniu Związku Rodzin Szensztackich, do którego należymy od zeszłych wakacji (dla 'wtajemniczonych' – IX kurs).

!!!Część zdjęć z tego spotkania możecie obejrzeć tutaj!!!

Bardzo chcieliśmy pojechać na to spotkanie z Julką i udało się. W piątek późnym popołudniem z duszą na ramieniu i zapakowanym po brzegi samochodem wyruszyliśmy w drogę. Całe szczęście dwie trzecie podróży Julka przespała. Obudziła się przed Bydgoszczą, ale była spokojna. Patrzyła na migające za szybami światła, (bo ciemno już było). Gdy dojechaliśmy do Kolankowa (piękne miejsce położone w lesie) było po 22. Po ciepłych powitaniach od razu ruszyliśmy do cioci na nocleg. Mała nawet nie poczuła różnicy. Wykąpaliśmy ją w zlewie (na zdjęciu) i położyliśmy spać. Może trochę dłużej rozglądała się po pokoju, zanim zasnęła.

W sobotę rano dojechaliśmy na prezentację naszej grupy, najmłodszej we wspólnocie – a jest ich na razie dziewięć. Cały dzień spędziliśmy na świeżym powietrzu. Pogoda trochę się zmieniała, ale daliśmy radę upałowi, wiatrowi, deszczowi… Oglądaliśmy konika, popisywaliśmy się umiejętnościami przed mnóstwem cioć i wujków, bawiliśmy się z innymi dziećmi, podziwialiśmy drzewka w lesie.

I choć nie za bardzo docierały do mnie treści spotkania, bo musiałam wciąż (na zmianę z tatą) pilnie obserwować reakcje Julki na nowych ludzi, inny klimat, co jakiś czas odsysać, itp., to cieszę się, że tam dojechaliśmy. Ludzie, których spotkaliśmy, w większości znają Julkę z Internetu, modlą się za nią i wspomagają finansowo. Bardzo chciałam, żeby zobaczyli na własne oczy, że Jula może normalnie egzystować na swoim wypasionym wózku, mieszczącym całą aparaturę. Zresztą ona sama swoimi uśmiechami w realu podbijała serca wszystkich po kolei (zwłaszcza wujka Stacha 🙂 ). Nie ominęła nas rozmowa z Szefami Związku na świecie – Renatą i Norbertem Martin z Niemiec (łamaną anielszczyzno-niemiecczyzną) i z arcybiskupem gnieźnieńskim – Henrykiem Muszyńskim.  

Najcudowniejsze były jednak dzieci, które co chwilę podchodziły i zadawały mnóstwo pytań: a co to za rura?, a co robi na maszyna?, a po co to (odsysanie)?, a jak ona je?, a czemu ona się nie rusza?, a dlaczego ona jest chora?… Tak bardzo chciałam na wszystkie pytania jak najprościej odpowiadać i czasem mi się udawało. Później już te dzieciaki, które wiedziały o co chodzi tłumaczyły następnym 🙂 

W sobotę wytrzymaliśmy do 20:00. Pojechaliśmy do cioci na noc, tak samo spokojną jak poprzednią. Zanim jednak Jula zasnęła popisywała się nowymi minami – zamykaniem oczu i marszczeniem brwi i oczywiście na każde pytanie odpowiadała kręcąc głową 'nie, nie, nie'.

W niedzielę pojechaliśmy prosto na Piaski w Bydgoszczy, gdzie znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej (jedno z sześciu w Polsce). Tam uroczystą Mszą Św. zakończyliśmy spotkanie.  

Uwielbiam takie 'imprezy'. W Ruchu Szensztacki działam już 15 lat (zaczynałam jako Apostoł Maryi, potem młodzież żeńska, teraz w rodzinach). W Związku Rodzin są też moi rodzice – tylko w kursie IV (Gniazdo Zawierzenia).

Bardzo mnie cieszy fakt, że choroba Julki nie zamyka nas w domu i że możemy dzielić się tym naszym, trochę odmiennym, życiem z innymi ludźmi. Myślę, że jest to cenne zarówno dla nas, jak i dla nich…