I pojechali… 😦
Wojtuś i jego mama byli u nas od poniedziałku. Wojtuś jest pół roku starszy od Julki i jest bardzo żywym dzieckiem. Mimo tego, że jest w ciągłym ruchu, był bardzo czuły i delikatny dla Julki. Głaskał ją, całował po rękach, przynosił zabawki, grał na różnych instrumentach. Czasem bardzo chciał żeby Jula towarzyszyła mu i ciągnał ją za rękę i krzyczał 'chodź' – to było przeurocze. Próbował ją też podnieść sam, albo prosił mnie żebym ją posadziła obok niego na podłodze. Super jest też to, że nie próbował wyciągać sondy, łapać za rury ani nie majstrował przy aparatach. Tylko trzeba było uważać, żeby w przypływie czułości Julki nie zgniótł albo nie wykręcił paluszków…
Dla mnie to też był taki szok. Pierwszy raz miałam okazję tyle czasu spędzić z takim zdrowym, żywym dzieckiem. Zetknęłam się z problemami, których z Julą nie doświadczam (m.in. uważanie na to żeby nie rozbić głowy, karmienie, gdy nie chce się jeść, potykanie się o wszechobecne zabawki). Zdałam sobie sprawę, że mój dzień wygląda całkiem inaczej, o inne rzeczy musze się martwić. I właściwie nie mogę teraz sobie wyobrazić życia z takim brzdącem w domu na stałe. Tzn. nie wiem czy dałabym radę sprostać oczekiwaniom i Julki i jej (daj Boże) zdrowego rodzeństwa, zwłaszcza w tym wieku do 3 lat… Pewnie bym dała, bo co innego miałabym zrobić… I pewnie z czasem się o tym przekonam 🙂
Ale wracając do naszych gości… Poza tym, że Julka miała towarzystwo, ja też rozkwitałam towarzysko: 3 babskie wieczory – chyba umiecie to sobie wyobrazić – ple, ple, ple do czwartej rano… A do tego wcale nie jestem zmęczona 🙂
Ania! Przyjedź jeszcze do nas, tylko następnym razem zabierz Przemka (coby Darkowi się nie nudziło z samymi babami) 🙂
