Wróciliśmy do domu z naładowanymi akumulatorami i nowymi numerami telefonów 😉
Ostatni tydzień tworzyliśmy wspólnotę i muszę przyznać, że jak na sześć dni razem, poszło nam całkiem nieźle. Bo skoro dorośli ludzie w wieku od 20 do 40, o różnych charakterkach oraz zawodach, w tak krótkim czasie zawiązują krąg "przyjaźni" to znaczy, że jest nieźle – a to dopiero początek… W Związku Rodzin Szensztackich kursy (nasz jest IX) zawiązują się na zawsze. My jesteśmy na samym początku drogi, więc czeka nas dużo pracy nad sobą, nad więziami. Jednak początek jest bardzo ważny i w związku z tym, ja osobiście uważam, że start mamy dobry 😉 Parę ładnych godzin przedyskutowaliśmy na poważne oraz mniej poważne tematy, śpiewaliśmy poważne i mniej poważne piosenki, uczestniczyliśmy w ciekawych wykładach dotyczących małżeństwa, a dodatkową atrakcją był wypad do Muzeum Powstania Warszawskiego w stolicy (tylko ja z Julką zostałyśmy w domu rekolekcyjnym). W zasadzie każdemu polecałabym taki aktywny duchowo czas wypoczynku.Oczywiście nie tylko dorośli tworzą wspólnotę. Dzieci mamy co nie miara, od rocznika 1992 do 2008 (ten ostatni bobasek jeszcze jest w brzuchu mamy). Julka ma troje rówieśników z 2006: Wojtusia-żółwika (mały uśmiechnięty cherubinek), Oliwkę-B!A!B!A! (najmądrzejsze roczne dziecko jakie poznałam do tej pory) i Amelkę-śmieszkę do potęgi (mówicie, że Julka jest śmieszka, ale przy Amelce wysiada). Julka bardzo polubiła zostawać z dziećmi w pokoju zabaw, szczerze mówiąc, to żałuję, że zaczęłam ją tam zostawiać dopiero pod koniec rekolekcji. Zwłaszcza, że zabrałam do Świdra mojego brata Karola, żeby mi pomógł w opiece, za co OGROMNIE JESTEŚMY MU WDZIĘCZNI (m. in. zostawał z nią wieczorami jak już zasnęła, dzięki czemu mogliśmy z Darkiem do nocy biesiadować i zawierać nowe przyjaźnie). Bo w sumie inne dzieci w jej wieku też chodziły (albo jechały) z siostrą i "dziewczynami do dzieci" i bawiły się z innymi. Tak więc przełamałam w sobie strach i zostawiłam parę razy Julkę z dziećmi, a jak coś się działo (czyt. marudziła, leciało z nosa czy buzi) to mnie wołali i ok. Dzieci polubiły Julkę z jej rurkami, zwłaszcza Jagódka (3 latka). Wszystkim tłumaczyła, że Julka jest chora i ma ała w nosek (sonda), i woziła ją w wózku, i głaskała. Oliwka też była zainteresowana, ale najbardziej chciała Julę bujać w wózku, do czego Kimba w ogóle się nie nadaje 😦 A tak w ogóle i w szczególe: JA UWIELBIAM WSZYSTKIE DZIECI!!!
Na rekolekcjach był też piesek – Lajla. Julia lubi pieski. Nawet głaskała Lajlę, jak już można było się do niej dostać, bo Lajla miała największe wzięcie podczas naszego pobytu w Świdrze.
Szkoda tylko, że wszystko się kończy tak szybko i musieliśmy się pożegnać, z większością na pół roku (niektórych będziemy spotykać co miesiąc na spotkaniach). W czwartek wszyscy pojechali do domów (do Słupska, Bydgoszczy i Trójmiasta), a my umówiliśmy się na spotkanie z rodzicami Precla. Tak jak już napisała Gosia: Precel z dystansem odnosił się do nowej koleżanki, zwłaszcza jak trzeba było ją odessać. Na sam koniec dał się skusić na poleżenie na jednej kanapie. A my pogadaliśmy miło, ale krótko, bo by nam siostry zamknęły bramę. Został więc niedosyt, który będzie trzeba zaspokoić następnym razem (może nad morzem?). Dziękujemy Wam, Gosiu i Danielu, za zaproszenie i do następnego razu!
W piątek odwiedziliśmy jeszcze Ojców Szensztackich w Józefowie niedaleko Świdra. Spędziliśmy tam pół dnia wśród dzikiej przyrody i komarów. Wieczorem zapakowaliśmy się w auto i o północy dojechaliśmy do domu.