Pogoda na życzenie

Wczoraj marudziłam na pogodę, a dziś… proszę – piękna złota jesień. I to w dodatku w dzień, który najbardziej lubię, bo jest wolny od zajęć. Nikt nie przychodzi do Julki, nie trzeba patrzeć na zagarek, karmić w pośpiechu, budzić nie w porę. Można natomiast wyjść z domu i wrócić wieczorem. Tak też uczyniłam. Wyciągnęłam dziadka na spacer dwoma wózkami do Pruszcza na deptak, a potem w odwiedziny do cioci Moni i wujka Pawła. Dziadek poszedł do domu sam a my zostałyśmy we trzy na gościnie do późnego wieczora, aż nas tata odebrał.

Julia pooglądała u cioci i wujka minimini i cały czas śmiała się do telewizora. My nie mamy w domu kablówki, ale zawsze u jednej i drugiej babci leci minimini i Julce bardzo podobają się niektóre bajki, zwłaszcza te, które zna z dobranocek np. "Fifi niezapominajka".

Marysia była wyjątkowo grzeczna. Najpierw pogadała ze swoim ojcem chrzestnym, a potem grzecznie spała u cioci na rękach…

A my – "dorośli" graliśmy w rummikuba 🙂

A wracając jeszcze do pogody: świeże powietrze tak przeczyściło Julki drogi oddechowe, że zamiast gęstej wydzieliny, z którą walczymy od kilku dni, leci prawie woda. Sama nie wiem co lepsze… Ale może trochę się przewietrzyło co trzeba.   


Na spacerze z dziadkiem:

Mozartiana

Dziś Julia w ramach ukulturalniania została przez tatę i ciocię Ewę wywieziona późnym wieczorem do Parku Oliwskiego, gdzie odbywa się Międzynarodowy Festiwal Mozartowski. O 21.15 odbył się pokaz tańczącej fontanny. Na początku widoczność była mierna, bo ludzie zasłaniali widok, ale tata-paker wziął Julę na ręce i przez połowę spektaklu trzymał tak, żeby mogła podziwiać kolorowe światła, a nie tylko słuchać pięknych mozartowskich dźwięków. Musiała być zachwycona, bo po powrocie do domu z pasją mrugała oczami i kręciła głową kiedy pytałam czy jej się podobało na wycieczce. Tu próbka pokazu (podobno później było ciekawiej, ale tata miał zajęte ręce):

 

Może ciocia Ewa w komentarzach opisze dokładnie jak było 🙂

Dodatkowych atrakcji dostarczył wszystkim respirator, który padł całkowicie w drodze powrotnej – bateria się rozładowała. Tata trochę się zdenerwował, dwa razy musiał się zatrzymać na odsysanie, ale Julia przecież umie oddychać bez wspomagania, więc w miarę spokojnie dojechali do domu.

W tym czasie ja walczyłam z kolejnym atakiem bolącego brzuszka Marysi. Ostatecznie udało mi się uspokoić małą przy muzyce, ale nie Mozarta. Wystarczył Szcześniak, Badach i paru innych takich 🙂

Ze szpitala na wesele

Wczoraj ok. godziny 14tej przekroczyłyśmy z Marysią próg naszego mieszkania, gdzie czekała na nas Julka z tatą (oczywiście przy komputerze). Wbrew moim obawom, Julia nie zareagowała na mój widok ani histerycznym płaczem, ani obrażaniem się. Spojrzała się tak jakbym dopiero wróciła ze sklepu a nie z ponad tygodniowej izolacji. Na Marysię spogląda z dystansem. Chyba nie wie co o tym wszystkim na razie myśleć. Póki co bacznie obserwuje, co Mary wyprawia (a wyprawia – drze się, wierzga nogami i rękami i co chwilę chce jeść, a potem nagle zasypi i śpi jakby jej nie było).

Żeby nie było spokojnie już pierwszego dnia mieliśmy wiele atrakcji, a wszystko za sprawą cioci Moniki i wujka Janusza, którzy już dawno zaplanowali swój ślub właśnie na wczorajszy dzień. I całe szczęście, że wesele zorganizowali ulicę dalej… Tata z Julka poszli już witać parę młodą, a my z Marysią po odprawieniu mnóstwa rytuałów (karmienie, przewijanie, drzemka, karmienie, przewijanie…) zawitałyśmy tam chwilę później. Nie byłyśmy długo – Jula zasnęła swoim starym zwyczajem przy stole, Marysia się obudziła jak przestali grać (wcześniej żaden hałas nie był w stanie jej obudzić). Więc zawinęłyśmy się do domu spać, a tatuś godnie 🙂 reprezentował naszą rodzinkę na imprezie (oczywiście po położeniu dziewczynek).

Pierwszą noc oceniam jako nie najgorszą. Jula nie obudziła się na krzyki Marysi, Marysia na dźwięki z respiratora i pulsoksymetru – dobrze to wróży na przyszłość… Tylko ja się nie wyspałam – ale ja to sobie radę dam 🙂

Dziś pójdziemy jeszcze na chwilę na poprawiny, bo w domu obiadu nie ma… 🙂 Jutro tata wraca do pracy, ale ciocia Ewa przyjedzie na kilka dni do nas więc nie będzie źle. Poza tym u góry rzesza babć, wujków i gości, którzy też mogą podoglądać dziewczyny, żebym ja mogła np. pójść pod prysznic.

PS. Jeśli chcecie zobaczyć Marysię to wystarczy kliknąć w zakładkach na ZDJĘCIA MAMY 🙂

Spacer w deszczu

Dziś w ramach przyspieszania porodu moja mama i ciocia wymyęliły pieszą wyprawę do Pruszcza (3km), oczywiście z Julką… Gdy wychodziłysmy z domu pogoda była nawet znośna, ale po pierwszych 10 minutach marszu w ruch poszły parasole i pokrowiec na wózek:

Potem zerwał się jeszcze wiatr:

Trochę posiedziałyśmy na gościnie u cioci Moni i wujka Pawła. I gdy nabrałyśmy sił na dalaszy spacer i się wypogodziło wyruszyłyśmy na podbój lokalnych sklepów. Po dwóch godzinach buszowania w torebkach, sukienkach i innych ciuszkach doładowałyśmy akumulatory goframi i poszłyśmy z powrotem do domu. I znów zaczęło padać i wiać. Ledwo doszłam… Już nie wiedziałam czy mnie boli brzuch od kolki czy od skurczy… Tak czy inaczej, jestem już w domu, dotleniona, wykończona – a akcji porodowej jak nie było tak nie ma i dalej czekamy…

A Jula jak to Jula – porozglądała się, pospała, nałykała świeżego powietrza i ma nową zabawę – ze smoczkiem. Cały czas go wypluwa a potem pokazuje oczami żeby jej dać z powrotem i znowu wypluwa i tak w kółko…

Słonecznie

Nie rozpisuję się w tygodniu, bo prowadzimy bardzo monotonny tryb życia – rano pobudka, śniadanie, sprzątanie i bajki, spacer, obiad, rehabilitacja, dżemka, powrót taty i zabawy z tatą, dobranocka, kolacja kąpiel i spać… I tak przez pięć dni w tygodniu.

Co robimy w dwa dni pozostałe? Zawsze obiecujemy sobie, że tym razem odpoczniemy w domu (ew. w ogrodzie) 🙂 i pewnie dlatego w ten weekend łapaliśmy słońce w towarzystwie Wojtusia i jego rodziców – ale nie w ogrodzie, ale w Sopocie, w Pruszczu na deptaku i na działce na Kaszubach.

W sobotę wybraliśmy się na spacer po molo, które okazało sie super atrakcją dla Wojtusia – biegał od barierki do barierki i krzyczał z radością 'woda, woda'. Parę godzinek nam zeszło na tym wędrowaniu. Przy okazji bylismy świadkami zlotu miłośników harleyów, które z hukiem przejachały przez Monte Casino. Za nimi przejechała parada samochodów "ze złotej ery amerykańskiej motoryzacji" – była to zapowiedź cars&lejdis. Autka były cudowne 🙂 Julii też się podobało, tylko mrużyła oczy na huki z gaźników… A było głośno. Sobotnie spacerowanie skończyliśmy na puszczańskim deptaku, gdzie zjedliśmy obiad w naszej ulubionej pizzerii.

W niedzielę zawinęlismy się na Amalkę. To dość przełomowy nasz wypad na działkę, ze względu na to, że Jula pierwszy raz była w jeziorze. Wprawdzie moczyła nogi tylko z tatusiem, ale bardzo jej się podobało. Poza tym, dzięki pięknej letniej pogodzie mogła się trochę poopalać. Więcej oddadzą zdjęcia 🙂

Wieczorem pojechaliśmy do cioci i wujka na mecz. I choć Polska przegrała (mimo naszych barw na twarzach), to przynajmniej zjedliśmy pyszna pizzę 🙂 A osobiście żałuję, że nie widziałam jak jechał Kubica, bo Formuła1 bardziej mi podchodzi niż piłka nożna. Julce natomiast wszystko jedno, bo ona każdy sport lubi, czasem nawet z dziadkiem ogląda Snookera z zainteresowaniem…

Yoco

Yoco jest słodziutkim, 8-tygodniowym, czarnym bolończykiem (właściwie bolończką), przywiezionym specjalnie z Czech (bo u nas są tylko białe takie pieski) dla Michała, o którym już Wam pisałam.

Dziś z Julką poszłyśmy poznać Yoco. Trochę się bałam, że Jula się przestraszy, bo ona odważna jest do psów, ale tych za ogrodzeniem. Uwielbia jak szczekają, skaczą, bacznie je wtedy obserwuje. Ale okazało się, że Yoco była bardziej zaniepokojona niż Jula. Przynajmniej na początku. Julii podobał się piesek, a pieskowi dobrze się spało pod ręką Julki. Fajnie, że Yoco jest leciutka, więc spokojnie mogła wędrować po Julce nie robiąc jej krzywdy, co zresztą spotykało się z uśmiechem mojej księżniczki. Niestety zdjęcia nie oddadzą wszystkiego, bo o ile Jula lubi pozować, "mała czarna" nie za bardzo. Także musi Wam wystarczyć moje zapewnienie, że spotkanie z psiakiem było super udanym pomysłem 🙂 Może następnym razem Yoco bardziej się ośmieli w zabawie z Julą i przed obiektywem…

Na deptaku

Jakiś czas temu w naszym Pruszczu zrobili piękny deptak. Tylko czekałam na wiosnę, żeby móc tam spacerować. Dziś pierwszy raz się wybraliliśmy wszyscy czworo. I choć plan był, żeby pójść do Pruszcza na piechotę (ok. 30 min) to stanęło na tym, że dojechaliśmy samochodem. Nie wiem czy miałabym siłę wrócić nożnie do domu… Na deptaku jest fontanna – dzieci ją uwielbiają. Załatwiliśmy kilka spraw, zjedliśmy lody (Jula dostała wafelek) i tak nam parę godzin zeszło. A pogoda jak w lato… Pod koniec już Julia była niezadowolona tym upałem.

Jednakowoż najlepsi na takich spacerach po mieście są obserwatorzy. Stałam w kolejce po lody, a Darek karmił Julkę na zewnątrz przy stoliku. Za mną stanęła pewna pani i tak wbijała wzrok za okno na Julę, że bałam się, że dostanie jakiegoś zawału. Co chwilę wzdychała jakby coś chciała skomentować. I patrzyła na mnie takim pytającym wzrokiem, czy też mnie to tak rusza (nie wiedziała, że ja z nimi jestem). Po roku czasu idzie się do tego przyzwyczaić. Jesteśmy już na takim etapie, że na odsysanie nie odchodzimy na bok – wczesniej nie chcielismy wzbudzać sensacji, ale teraz… już nam się zwyczajnie nie chce czaić… A ludzie? Zawsze będą się dziwnie patrzeć – ich sprawa.

Długi weekend

Jeszcze się nie skończył ten dłuugi weekend, a my już jesteśmy zmęczeni… Jutro odpoczywamy w domu, co najwyżej na tarasie albo w ogrodzie 🙂

Wczoraj wybraliśmy się we czwórkę na maraton po sklepach w Centrum Handlowym Matarnia. Dawno nie widziałam tylu ludzi w jednym miejscu, parking załadowany maksymalnie (znaleźliśmy ostatnie wolne miejsce dla uprawnionych). Całe szczęście pogoda nie była najgorsza, a Centrum nie jest jednym budynkiem, więc Jula odbyła parogodzinny spacer na świeżym (w miarę) powietrzu… Do domu wróciliśmy padnięci i głodni, bo w restauracji było tyle ludzi, że po 20 minutach czekania na kelnera postanowiliśmy wyjść.

Dziś natomiast zapakowaliśmy auto i pojechalismy na działkę moich rodziców. Słońce na Kaszubach na zmianę wychodziło i chowało sie za chmury, ale było bardzo przyjemnie. Tu przynajmniej powietrze było 100-procentowo świeże, poza dymem z ogniska i grilla. Jula bacznie obserwowała dziadka i tatusia, którzy zasuwali z kosiarką po działce. Nie możemy sie doczekać jak już będzie naprawdę cieplutko, wtedy wystawimy basenik i Jula będzie mogła posiedzieć trochę w wodzie. W zeszłym roku nie było ku temu okazji, ale w tym już nie odpuścimy.

Matemblewo

No i nie udało się przemaszerować z Oliwy do Matemblewa 😦 Niestety pochmurna pogoda i moja nienajlepsza kondycja powstrzymały nas od spacerowania. Ale kiedy już się przejaśniło, to dojechaliśmy do Matemblewa samochodem i resztę programu pielgrzymki spędziliśmy ze wszystkimi. Julce bardzo podobało się wśród ludzi, zwłaszcza towarzystwo Zuzi, która rozpłakała się strasznie, kiedy Jula ucięła sobie drzemkę.

Przy okazji mam pytanie do mam: Czy któraś z Was używała w ciąży pasa ciążowego, takiego który odciąża kręgosłup? Moje plecy są w kiepskim stanie, ale nie wiem czy te pasy działają…