Wczoraj marudziłam na pogodę, a dziś… proszę – piękna złota jesień. I to w dodatku w dzień, który najbardziej lubię, bo jest wolny od zajęć. Nikt nie przychodzi do Julki, nie trzeba patrzeć na zagarek, karmić w pośpiechu, budzić nie w porę. Można natomiast wyjść z domu i wrócić wieczorem. Tak też uczyniłam. Wyciągnęłam dziadka na spacer dwoma wózkami do Pruszcza na deptak, a potem w odwiedziny do cioci Moni i wujka Pawła. Dziadek poszedł do domu sam a my zostałyśmy we trzy na gościnie do późnego wieczora, aż nas tata odebrał.
Julia pooglądała u cioci i wujka minimini i cały czas śmiała się do telewizora. My nie mamy w domu kablówki, ale zawsze u jednej i drugiej babci leci minimini i Julce bardzo podobają się niektóre bajki, zwłaszcza te, które zna z dobranocek np. "Fifi niezapominajka".
Marysia była wyjątkowo grzeczna. Najpierw pogadała ze swoim ojcem chrzestnym, a potem grzecznie spała u cioci na rękach…
A my – "dorośli" graliśmy w rummikuba 🙂
A wracając jeszcze do pogody: świeże powietrze tak przeczyściło Julki drogi oddechowe, że zamiast gęstej wydzieliny, z którą walczymy od kilku dni, leci prawie woda. Sama nie wiem co lepsze… Ale może trochę się przewietrzyło co trzeba.
Na spacerze z dziadkiem:















