Nie rozpisuję się w tygodniu, bo prowadzimy bardzo monotonny tryb życia – rano pobudka, śniadanie, sprzątanie i bajki, spacer, obiad, rehabilitacja, dżemka, powrót taty i zabawy z tatą, dobranocka, kolacja kąpiel i spać… I tak przez pięć dni w tygodniu.
Co robimy w dwa dni pozostałe? Zawsze obiecujemy sobie, że tym razem odpoczniemy w domu (ew. w ogrodzie) 🙂 i pewnie dlatego w ten weekend łapaliśmy słońce w towarzystwie Wojtusia i jego rodziców – ale nie w ogrodzie, ale w Sopocie, w Pruszczu na deptaku i na działce na Kaszubach.
W sobotę wybraliśmy się na spacer po molo, które okazało sie super atrakcją dla Wojtusia – biegał od barierki do barierki i krzyczał z radością 'woda, woda'. Parę godzinek nam zeszło na tym wędrowaniu. Przy okazji bylismy świadkami zlotu miłośników harleyów, które z hukiem przejachały przez Monte Casino. Za nimi przejechała parada samochodów "ze złotej ery amerykańskiej motoryzacji" – była to zapowiedź cars&lejdis. Autka były cudowne 🙂 Julii też się podobało, tylko mrużyła oczy na huki z gaźników… A było głośno. Sobotnie spacerowanie skończyliśmy na puszczańskim deptaku, gdzie zjedliśmy obiad w naszej ulubionej pizzerii.
W niedzielę zawinęlismy się na Amalkę. To dość przełomowy nasz wypad na działkę, ze względu na to, że Jula pierwszy raz była w jeziorze. Wprawdzie moczyła nogi tylko z tatusiem, ale bardzo jej się podobało. Poza tym, dzięki pięknej letniej pogodzie mogła się trochę poopalać. Więcej oddadzą zdjęcia 🙂
Wieczorem pojechaliśmy do cioci i wujka na mecz. I choć Polska przegrała (mimo naszych barw na twarzach), to przynajmniej zjedliśmy pyszna pizzę 🙂 A osobiście żałuję, że nie widziałam jak jechał Kubica, bo Formuła1 bardziej mi podchodzi niż piłka nożna. Julce natomiast wszystko jedno, bo ona każdy sport lubi, czasem nawet z dziadkiem ogląda Snookera z zainteresowaniem…


