Porekolekcyjnie

I jesteśmy w domu. Wróciliśmy wczoraj o północy. W tym roku zawarliśmy Przymierze Miłości z Matką Bożą Trzykroć Przedziwną, która pomaga nam i wspiera nas w drodze do świętości. Poza tematyką związaną właśnie z Przymierzem Miłości skupiliśmy się na sprawach międzyludzkich, przez co jeszcze bardziej się zintegrowaliśmy… Jula tym razem mniej się łączyła z dziećmi w przeciwieństwie do swojej młodszej siostry. Ostatnio woli mieć święty spokój i bardzo denerwuje się w tłumie ludzi, co było zauważalne w dniu jej urodzin, gdy cała wspólnota odśpiewała 100 lat.

W tym roku mieliśmy ogromny komfort związany z opieką nad dziećmi. Razem z nami na rekolekcje zgodzili się pojechać wujek Karol i Weronika, za co jesteśmy im przeogromnie wdzięczni. Dzięki nim mogliśmy uczestniczyć we wszystkich zajęciach (konferencjach, warsztatach, modlitwach).

Największą zmorą rekolekcji okazały sie komary. Były wszechobecne i bardzo złośliwe – przekonał sie o tym każdy. Jula pierwszej nocy została ugryziona w wargę, która spuchła jak bokserowi po walce. Dzięki szybciej interwencji cioci Beci i jej oksycortu po dobie opuchlizna zeszła. Marysia też była pogryziona, ale jej organizm nie reagował tak jak Julki. A że się nie drapała, toteż wszystkie ślady schodziły raz dwa. Ja się drapałam i do dzis mnie swędzą pokomarowe znamiona.

Jak każde spotkanie naszej wspólnotowej gromady to również pozostawiło w naszych sercach niedosyt. Następna integracja dopiero w marcu.

Jula w dniu urodzin:

Marysia w cieniu Sanktuarium


Niestety w tym roku mało robiłam zdjęć. Czekam na płytkę od cioci Ani, bo ona miała super aparat, który praktycznie cały czas był w użyciu…

Weekend na działce

Ostatni weekend udało nam się spędzić nad jeziorkiem. Nie będę się rozpisywać, bo mamy gości. Dlatego pokrótce: Sobotę, niedziele i poniedziałek przyjmowaliśmy gości. Wesoło było, trochę mokro, troche duszno. Marysia przemoczyła już na drugi dzień wszystkie ubrania, nic nie chciało schnąć, ale była szczęśliwa. Wybiegała się za wszystkie czasy 🙂

Jula też zadowolona z wyjazdu. Bya wyjątkowo spokojna, dobrze spała, dużo czasu spędzała z tatusiem na rękach – na huśtawce albo przy stole. Niestety Julia zaliczyła tylko jeden wypad nad jezioro. Od domku to 300m, ale droga przez las nie nadaje się dla Julinkowego wózka 😦 Może nastepnym razem podjedziemy samochodem prosto na kocyk…

Czas szybko minął, ale urlop dopiero przed nami. Od soboty nas nie ma i zarządzam dwutygodniową ciszę (o ile wytrzymam). Wyjeżdżamy na rekolekcje i może zaliczymy jeszcze wypad nad wodę.

Teraz końćzę bo mam gości i musze się nimi zaopiekować 😉

Spotkania po latach

W związku z tym, że nasz długi weekend przebiega dość intesywnie, pozwolę sobie go rozbić na kilka wpisów.

Po pierwsze jest to czas spotkań ze znajomymi z młodocianych, szkolnych, kawalerskich czasów… W czwartek odwiedzili nas znajomi taty, z którymi nie widzieliśmy się blisko 3 lata, a w piątek moja „znajoma”, z którą nie widziałam się już 5 lat. W czwartek poznaliśmy małą Lenkę (2 miesiące młodsza od Marysi) i Maję (jeszcze w brzuchu), a w piatek Sophie, która jest 3 dni młodsza od Marysi, ale nie dała się naszej rozrabiace i nawet udało się jej wsadzić Marysi palec do nosa. Julka raczej nie była zainteresowana zabawami „smarkaczy” i zajmowała sie swoimi „zabawkami”, a my rodzice mogliśmy powspominać i wymienić doświadczenia rodzicielskie 😉

Niestety w czwartek – guła – nie wyciągnęłam aparatu 😦 Więc mamy tylko zdjęcia z Sophie…

Na koniec długiego weekendu czyli jutro wybieramy się z wizytą do nowonarodzonej Natalki…

Po wojażach

Właśnie wróciliśmy ze Słupska. Tatuś wywiózł nas (mnie i dziewczynki) w środę do Oliwki i Dominika. Taka zmiana klimatu z nadmorskiego na nadmorski – bardzo fajna zmiana klimatu. Tatusiowie w pracy, a ja z ciocią z czwórką dzieci, z czego jedno ze starszych (Julia) przez pierwszą dobę klimatyzowało się w nowym miejscu w dość stresujący sposób, a dokładnie z temperaturą 37,8 i bardzo podwyższoną akcją serca. W piątek dzięki Bogu już było dobrze. Marysi natomiast wystarczyło pokazać pokój z zabawkami i już była zaklimatyzowana – ona wręcz uwielbia dzieci

Fizycznie jestem wykończona, ale psychicznie naładowana pozytywnie. I choć Julia nie za bardzo się integrowała z dziećmi (więcej czasu spędzała przy komputerze, bo przy nim była spokojniejsza), to były takie momenty, że kiedy Oliwka zadawała jej pytania odpowiadała mruganiem – wzruszały mnie takie chwile.

Marysia doskonaliła technikę chodzenia – idzie jej całkiem nieźle. Poza tym trenowała wrzucanie piłek do wiaderka i tego typu zabawy.

W sobotę przyjechał tatuś i zapakowaliśmy auta i ruszyliśmy na podbój Koszalina. Wylądowaliśmy na kręglach. Byliśmy w szoku jak nasze dzieci potrafią być grzeczne. Julia z Dominikiem z zadowoleniem obserwowali grę, Marysia siedziała grzecznie w wózku, machała nogą i jadła co jej się dało – frytki, chrupki, pizzę – samą zdrową żywność 😉 Oliwka jako najstarsza z ferajny bawiła się w pokoju zabaw i też była zadowolona. Po dwóch godzinach zabawy (nawet dobrze mi szło to trafianie w kręgle) pojechaliśmy na Górę Chełmską, do sanktuarium Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej – tam odmówiliśmy majowe nabożeństwo i wróciliśmy do domu na grilla, po którym wszyscy padliśmy jak kawki.

Niedziela minęła jak z bicza strzelił u jeszcze innych znajomych i tak się skończył nasz wyjazdowy czas, chociaż tak naprawdę moja głowa jeszcze ze Słupska nie wróciła. Teraz musimy na nowo wpaść w nasz rytm rehabilitacyjno-logopedyczny. W tym tygodniu wizyta w OWI.

Krótki długi weekend

Krótko było, ale dość intensywnie. W sobotę tatuś został w domku z córeczkami i z pieskiem. Dzięki Bogu że Marysią ma kochaną chrzestną która przybyła w ramach wsparcia – m. in. zapamiętała kto o której ma co jeść 🙂 Ja natomiast z całą rodziną z piętra wybyliśmy na ślub i wesele kuzyna. Wódka była gorzka więc nie piłam, zresztą i tak nie mogłam bo byłam kierowcą zapasowym, no i karmię 🙂 Kuzyn ożeniony, wesele udane, jedzenie pyszne, orkiestra super, ale niestety poza butami zdarte jeszcze mam gardło. Pod koniec imprezy (czyli ok.3 rano) zaniemówiłam prawie całkowicie. Mąż się cieszy 😉 Do domu szczęśliwie dojechałam.

Następnego dnia, czyli dziś, bez ulg. Pobudka o 7 rano – coś w rodzaju "Tupot małych stóp" na mojej głowie. Po południu poszliśmy odprowadzić ciocię do pociągu i zatrzymaliśmy się na deptaku przy fontannie, gdzie rozdawali chleb ze smalcem i ogórki kiszone. W tym miejscu muszę dać upust mojej złości na miejskie chodniki – masakra – Julia przez całą drogę do deptaku płakała przez te głupie krawężniki, połamane i ruszajce się kafle chodnikowe, dziury i wyboje. Normalnie musielibyśmy mieć koła od traktora żeby nie trzęsło wózkiem. Zrobili deptaczek w centrum miasta elegancki tylko zapomnieli, że do niego trzeba się jakoś dostać… Najważniejsze, że się Jula uspokoiła i zainteresowała fontanną i Marysią która dreptała sobie z ciocią i bardzo chciała wejść do wody. Ogólnie bardzo miłe wyjście (poza tymi chodnikami nieszczęsnymi).

 

Wyprawa po laptopa

Od jutra zaczynamy pracę z nowym sprzętem, a właściwie Julia zaczyna – ze swoim osobistym komputerem przenośnym. Specjalnie pojechaliśmy do Słupska, żeby tatuś Oliwki i Dominika wybrał Julii coś odpowiedniego. Przy okazji spędziliśmy przemiło dzień u Oliwki i Dominika i wieczór u Kasi i Wojtusia.

Teraz idziemy spać, ale w najbliższym czasie napiszę jak się Julii podoba laptop. Poza tym będę miała jeszcze jedną niespodziankę…

Tymczasem wrzucam zdjęcia z dzisiejszego wypadu do GALERII.

Pierwsze Tournee 2009

Nie mogąc się doczekać wiosny, postanowiliśmy (prawie z dnia na dzień) ruszyć w trasę. Zapakowaliśmy auto i ruszyliśmy: Rotmanka-Bydgoszcz-Konin-Licheń (przez okno)-Bydgoszcz-Tczew-Rotmanka. Zajęło nam to cały weekend. Dziewczyny dzielnie znosiły podróże. Marysia spała za każdym razem, a Julia bacznie przyglądała się światu za oknem. Najbardziej podobały się jej fabryki chmur:

 

Punktem kulminacyjnym naszej wyprawy było spotkanie z Antosiem i jego rodziną. Tak jak juz napisała mama Tośka, nie mogliśmy się nagadać, w związku z czym umówiliśmy się już na kolejne spotkanie 🙂 Jak będzie cieplej.

Antoś pokazał Julce jak gra na komputerze, nam pochwalił się swoimi umiejętnościami wokalnymi i ekwilybrystycznymi. Podpatrzyliśmy parę pomysłów na zabawy z Julką i wykąpaliśmy ją sposobem Antkowym (płasko w wannie tylko z podpartą głową na gąbce), co bardzo się jej podobało, bo mogła sobie ruszać rękami i nogami. Tylko Marysia nie była tak radosna jak zawsze. Męczył ją stan podgorączkowy, wszystko przez wychodzące zęby – cztery na raz 😦

Do domu wróciliśmy padnięci, ale bardzo zbudowani. Było nam równie miło Antosiowa Rodzinko! 🙂

ps. Julia od wczoraj gada jak najęta, właściwie sobie stęka, ale na głos – mam nadzieję, że jej nie przejdzie, a masażyki buziaka (zresztą również podpatrzone u Antosia) pomogą wyartykułować sylaby, a potem wyrazy.

Osobno poza domem

Sobota była dla nas wyjątkowym dniem – a właściwie nocą próby. Razem z mężem szliśmy na wesele do mojej koleżanki. I żeby się spokojnie i dobrze bawić musieliśmy tak zakombinować, aby nasze dziewczyny były bezpieczne i zadowolone. W ten sposób zarówno Julia, jak i Marysia spędziły sobotnią noc poza domem i bez rodziców. Julka pojechała do naszej pani pielęgniarki, a Marysia z dziadkami do Warzenka, gdzie mieli akurat weekendowe spotkanie z przyjaciółmi. Julka podobno 🙂 była grzeczna, bawiła się z Martusią i Michałem (5 i 9 lat) i całą noc przespała, zresztą tak jak jej młodsza siostra. My natomiast bawiliśmy się wspaniale. Wytańczyliśmy się, najedliśmy, poznaliśmy nowych ludzi i pogadaliśmy z tymi znajomymi sprzed lat… O 2 w nocy zjechalismy do Warzenka, gdzie spędzilismy już w czwórkę prawie całą niedzielę. Pogoda była cudowna więc dziewczyny mogły się porządnie dotlenić.

A dziś od rana pełna mobilizacja i integracja 🙂

Julia już jest w super formie. W nocy śpi spokojnie. Nawet Anka była dziś w szoku podczas ćwiczeń. Zwłaszcza Juline nogi pracują fantastycznie. Mam wrażenie, że chce je podnieść do góry tak jak to robi Maryśka.Obserwacja młodszej siostrzyczki stała się u Julki normą. Już nie reaguje na nią skrzywioną miną.

Marysia natomiast wczoraj po raz pierwszy zaczęła się zanosić śmiechem – za sprawą wujka Karola, który zza pieluchy robił "a ku ku" 🙂

Ja również zdrowieję, także wszystko wraca do normy i oby tak zostało jak najdłużej!!!

Kasia

Przedstawiam Wam moją chrześniaczkę (właściwie przyszłą chrześniaczkę, bo chrzest dopiero za miesiąc). Kasia urodziła się 1 października w Poznaniu. Śliczna jest (co widać) i bardzo grzeczna… 

A poniżej razem ze swoją dwa miesiące starszą koleżanką. Czuję że będą najlepszymi przyjaciółkami.