Przyjęcie urodzinowe

W towarzystwie babć, dziadka, cioć, wujków i kuzynki świętowaliśmy urodziny obu dziewczynek. Przyjęcie się udało. Tort lodowy zjedzony, arbuzik zjedzony, sok z pietruszki wypity, a jubilatki zadowolone z prezentów 🙂

Julia ma roboty na kolejny rok (kredki, stempelki, książeczki do malowania i wyklejania, słuchowiska do słuchania).
Marysia nareszcie może podawać kawę w swoich filiżankach, osłuchiwać straszą siostrę, układać wieże z klocków, zarządzać farmą, rysować. Teraz to już na pewno nie będzie wychodzić ze swojego pokoju 😉
Obie panienki dostały też piękne pościele, żeby było im milutko nocami.

Teraz już możemy w końcu odpocząć 🙂 Po remoncie, po urodzinach czas pomyśleć o urlopie. Zaczniemy w ten weekend wyjazdem na działkę…

Upał

Upały nie sprzyjają remontom. Może szybciej schnie co tam schnąć ma, ale tatuś po pracy zamiast nas nad wodę zabrać, to musi robić… Eh… W remontach jednak dobre jest to, że kiedyś się kończą. Jak nasz się skończy to dziewczynki będą miały śliczny pokoik 🙂

Żeby nie dać się całkiem uwięzić w naszej kawalerce, w sobotę popołudniu pojechaliśmy do przyjaciół. Największą atrakcją wyjazdu okazał się basen, który stoi u nich w ogródku. Dzieciaki miały frajdę w dzień, a my – rodzice w nocy… My to bardzo "wodni" jesteśmy 🙂 Poznaliśmy się na spływie kajakowym, a potem całe pierwsze, drugie i trzecie wakacje spędziliśmy nad morzem w budce ratowników (tata ratownik). Nie ma co się dziwić, że dziewczyny kochają wodę. Dziś nadmuchaliśmy basenik (nie takie fajny jak tamten), ale pochlapać się da i Jula też się pomoczy.

Z innej beczki: W zeszłą środę  byliśmy w szpitalu wojewódzkim na konsultacji leryngologicznej z Julką. Okazało się, że nasze problemy przy wymianie rurki wynikają ze spraw odleżynowych. Zabieg plastyki tracheostomii (fajnie brzmi) połączony z założeniem PEGA zaplanowano na 19 sierpnia. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się to załatwić przed planowanym urlopem a nie w trakcie, ale cóż… będzie trzeba odłożyć plany wyjazdowe.

To tyle na dziś…

Centrum Nauki EKSPERYMENT

Dziś udało nam się oderwać na parę godzin od spraw remontowych i od permanentnego bałaganu jaki panuje w naszej (chwilowo) kawalerce. Zapakowaliśmy się w czwórkę w auto i pojechaliśmy do Gdyńskiego Centrum Nauki EKSPERYMENT. Szkoda czasu na gadanie, lepiej zobaczcie:

Z takim tatusiem to można wiele…

... ale z takim to już nie.

Marysia niedługo przerośnie mamusię,

…ale jeszcze mieści się w bańce mydlanej.

Ogólnie było gorąco,

ale opłacało się!

Więcej zdjęć w GALERII.

Sezonu wypadowego otwarcie

Straszyli brzydką pogodą, a tymczasem… Tak pięknie jest (oczywiście mogłoby być piękniej, ale trzeba się cieszyć tym co jest).

Słoneczko wygoniło nas z domu w sobotę i pojechaliśmy otworzyć sezon działkowania na Amalce. Jak tam jest pięknie, tylko jeszcze za chłodno żeby nocować z dziewczynkami, no i komary tną. Wróciliśmy do domu opaleni i porządnie natlenieni 🙂

W domu czekała na nas niespodzianka. Wujek Marcin przyniósł małego Joey’a. Nie wiemy jeszcze czy z nami zostanie. Marysi się spodobał bardzo. Julia nie protestowała gdy zrobił sobie legowisko na jej brzuchu, więc chyba też była zadowolona z towarzystwa kotka.

W niedzielę natomiast pojechaliśmy do Lenki na urodzinki. To już czwarte. Ależ ten czas leci… Minęły już ponad 3 lata naszej znajomości. A dziewczyny jak urosły – zobaczcie sami!

Na majówki pora

Maj zaczęliśmy pielgrzymką do Matemblewa. Ja i Marysia poszłyśmy pieszo razem ze stuosobową grupą szensztatowców z Pomorza. Natomiast tatuś z Julką dojechał do samego Matemblewa samochodem, bo Julki wózek nie za bardzo się nadaje na leśne spacerowanie. Elektryczny to by dał radę, ale jeszcze nie mamy jak go przewozić. Wędrówka super! Mary grzeczna. Tylko raz musiałam ją wyciągnąć z wózka (akurat pod górkę było).


W niedzielę w ramach relaksu zaprosiliśmy przyjaciół na pierwszego w tym roku grilla w ogródku. Na szczęście pogoda dopisała, więc mogliśmy siedzieć z dzieciakami na dworze. Objedliśmy się, pograliśmy w karty, pośmialiśmy się…


3 maja czyli dzisiaj – deszcz pokrzyżował całkowicie nasze plany. Mieliśmy ochotę na spacer w Parku Oliwskim, a skończyło się na obżeraniu pizzą i grą w „solo”. Ze spacerowaniem będzie trzeba poczekać na powrót słońca…

Wszędzie dobrze…

…ale mówią, że w domu najlepiej… Hmm… Dziś się z tym nie zgadzam…

Wróciliśmy z Józefowa ok. godz. 3 ubiegłej nocy. I choć w domu już wpadliśmy w wir codzienności, to moje serce jest cały czas tam nad Wisłą. Nie wiem czy to przyciąganie MTA z Sanktuarium Syjonu, czy arcy-zacne towarzystwo Ojców Szensztackich, czy mazowieckie powietrze, czy może zapach sosen, śpiew ptaków i skaczące po drzewach wiewiórki sprawiają, że coraz trudniej nam się stamtąd wyjeżdża…

To było naprawdę cudowne 5 dni. Trochę udało nam się odespać/odpocząć. Ominęły nas zewnętrzne świąteczne przygotowania, dzięki czemu mogliśmy skupić się na Liturgii Triduum Paschalnego oraz na rekreacji – spacerach po lesie, zabawach na boisku, wieczornych spotkaniach przy kominku. W Wielki Piątek braliśmy udział w Misterium Męki Pańskiej z aktorami – moja komórka miała bardzo ważną rolę – wydawała odgłos koguta 🙂 natomiast tata grał Szymona z Cyreny. Wieczorem miałam okazję obejrzeć film "Popiełuszko: Wolność jest w nas" – kto nie widział, temu gorąco polecam!

W niedzielę byliśmy na spacerze w Wilanowie, a wieczorem graliśmy w świąteczne bule 😉 i w karty. W poniedziałek natomiast (oszczędzeni przez lejących wodą) odwiedziliśmy rodzinkę Precla.

Ominęło nas wielogodzinne koczowanie przy stole, jak to bywa w święta – i to nam się też bardzo podobało…

Dziewczynki zachowywały się cudownie. Dzielnie zniosły podróż w obie strony. Julka była wyjątkowo spokojna przez cały czas, a Marysia popisywała się swoim gadulstwem i zapoznawała nowych kolegów i koleżanki z okolicy. Obie zachwycały się przyrodą – wysokimi sosnami, ptakami i pieskami, Purą i Borko, biegającymi po terenie. Zapytajcie się Marysi jak robią wiewiórki 🙂 Odpowie "kra, kra"…

Jutro postaram się dorzucić zdjęcia, dziś zmykam odsypiać wczorajszą podróż…

Sezon na wojaże – start!

Pierwszy wypad w tym roku Julka ma już za sobą. W miniony weekend mieliśmy spotkanie naszej wspólnoty w Bydgoszczy w cieniu Sanktuarium Zawierzenia na Piaskach.

Marysię zostawiliśmy w domu pod czujnym okiem cioci Ewy. Jak się okazało obie świetnie sobie poradziły, świetnie do tego stopnia, że Marysia wołała na nocnik i przespała całą noc – co wcześniej się jej nie zdarzało. Ale największą zmianą przez ten weekend jest zdecydowanie odstawienie Mary od piersi. Już od czterech dni nic nie piła i nawet w nocy się nie domagała. Wydaje mi się, że to ja z większym żalem żegnam się z tym etapem macierzyństwa, chociaż dziś od rana kilka razy Mary podeszła do mnie i próbując się dobrać do mnie mówi „sią” (są), ja na to, że są ale mleczka już nie ma, a ona na to takim rozczulającym głosem – „troszkę”. Wzięłam się w garść i znalazłam ciekawszą rozrywkę – układanie puzzli. Mam nadzieję, że teraz już będzie z górki.

Co do naszego wyjazdu: Było jak zwykle fantastycznie, dużo wszystkiego (budowania więzi, modlitwy, zadumy, śmiechu, ciekawych nowych treści), a nawet więcej… Julka bardzo spokojnie zniosła podróż w obie strony, a na miejscu raczej wolała sobie siedzieć w pokoiku z bajkami niż wśród ludzi – z resztą nie było dzieci innych, więc tez mi frajda przesiadywać z dorosłymi. Dzięki temu że nasz pokoik był na parterze tuż obok sali konferencyjnej mogliśmy bez problemu ogarnąć wszystko – i opiekę nad Julką i uczestnictwo w spotkaniach. A nocami, jak to jest za każdym razem, jako ostatnia gasiłam światło. niektórzy mówią, że warto odpocząć na takich wyjazdach, a mi tak szkoda czasu, że czekam do końca, aby nie stracić ani jednej okazji do spotkania z ludźmi…

Kolejny wyjazd już za tydzień i dwa dni. Jedziemy do Józefowa (k/Warszawy) na Triduum Paschalne i Święta Wielkanocne tak jak dwa lata temu. Może tam trochę odpoczniemy…

Wyszła Basia za Adasia

Właśnie wróciliśmy z wyjątkowej uroczystości.

Otóż: wczoraj mama chrzestna Julki wyszła za mąż. Piękny ślub, piękni państwo młodzi, smaczne jedzonko i fanatastyczna zabawa…

Może z wyjątktkiem tego, że Julia padła w trakcie obiadu, przez co ominęło ją całe wesele (łącznie ze zdjęciami – na szczęście pan kamerzysta zrobił jej kilka ujęć, więc będzie na filmie). Obudziła się ok. 23 z dokuczliwym katarem, więc moja zabawa się o tej porze skończyła się – ominęły mnie oczepiny i szaszłyki 😦

Marysia natomiast postanowiła nadrobić za starszą siostrę i bawiła się do 22giej. Nawet w trakcie zasypiania (odbyły się trzy próby) otwierała oczy i krzyczała „la la la tańczy” i leciała do drzwi żeby wrócić na salę 🙂

Jedynie tata, który pełnił zaszczytną funkcę świadka, reprezentował na sali naszą rodzinkę do białego rana.

Dziś były poprawiny. Julia wyspała się w ciągu dnia, dzięki czemu na świętowanie była gotowa. Tylko trzeba było z nią cały czas tańczyć, bo siedzenie przy stole kończyło się podwyższona akcją i gamą niezadowolonych min. Także cały czas ktoś maszerował  po sali z Julią. Marysia dalej rządziła na parkiecie, chociaż bardziej marudnie niż poprzedniej nocy. A mi się udało namierzyć szaszłyka 🙂

Moje osobiste wnioski: na tym etapie mojego macierzyństwa nie dochodzą u mnie do głosu potrzeby rozrywki. Może to się kiedyś zmieni, ale póki co zamiast szaleć na parkiecie wolałam delektować się siedzeniem przy stole i tym co na nim się znajdowało 🙂

Co za spotkanie

Może nie będę się rozpisywać, bo zdjęcie oddaje wszystko 🙂 To było naprawdę niesamowite przezycie – spotkać się w takim gronie i pogadać tak o życiu…

Gosiu, Danielu, Maksie, Preclu, Basiu, Zbyszku, Olu i Antosiu dzękujemy Wam za odwiedziny!!! Szkoda, że było tak krótko, ale mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie w pełnym składzie.