…ale mówią, że w domu najlepiej… Hmm… Dziś się z tym nie zgadzam…
Wróciliśmy z Józefowa ok. godz. 3 ubiegłej nocy. I choć w domu już wpadliśmy w wir codzienności, to moje serce jest cały czas tam nad Wisłą. Nie wiem czy to przyciąganie MTA z Sanktuarium Syjonu, czy arcy-zacne towarzystwo Ojców Szensztackich, czy mazowieckie powietrze, czy może zapach sosen, śpiew ptaków i skaczące po drzewach wiewiórki sprawiają, że coraz trudniej nam się stamtąd wyjeżdża…
To było naprawdę cudowne 5 dni. Trochę udało nam się odespać/odpocząć. Ominęły nas zewnętrzne świąteczne przygotowania, dzięki czemu mogliśmy skupić się na Liturgii Triduum Paschalnego oraz na rekreacji – spacerach po lesie, zabawach na boisku, wieczornych spotkaniach przy kominku. W Wielki Piątek braliśmy udział w Misterium Męki Pańskiej z aktorami – moja komórka miała bardzo ważną rolę – wydawała odgłos koguta 🙂 natomiast tata grał Szymona z Cyreny. Wieczorem miałam okazję obejrzeć film "Popiełuszko: Wolność jest w nas" – kto nie widział, temu gorąco polecam!
W niedzielę byliśmy na spacerze w Wilanowie, a wieczorem graliśmy w świąteczne bule 😉 i w karty. W poniedziałek natomiast (oszczędzeni przez lejących wodą) odwiedziliśmy rodzinkę Precla.
Ominęło nas wielogodzinne koczowanie przy stole, jak to bywa w święta – i to nam się też bardzo podobało…
Dziewczynki zachowywały się cudownie. Dzielnie zniosły podróż w obie strony. Julka była wyjątkowo spokojna przez cały czas, a Marysia popisywała się swoim gadulstwem i zapoznawała nowych kolegów i koleżanki z okolicy. Obie zachwycały się przyrodą – wysokimi sosnami, ptakami i pieskami, Purą i Borko, biegającymi po terenie. Zapytajcie się Marysi jak robią wiewiórki 🙂 Odpowie "kra, kra"…
Jutro postaram się dorzucić zdjęcia, dziś zmykam odsypiać wczorajszą podróż…