Właśnie wróciliśmy z wyjątkowej uroczystości.
Otóż: wczoraj mama chrzestna Julki wyszła za mąż. Piękny ślub, piękni państwo młodzi, smaczne jedzonko i fanatastyczna zabawa…
Może z wyjątktkiem tego, że Julia padła w trakcie obiadu, przez co ominęło ją całe wesele (łącznie ze zdjęciami – na szczęście pan kamerzysta zrobił jej kilka ujęć, więc będzie na filmie). Obudziła się ok. 23 z dokuczliwym katarem, więc moja zabawa się o tej porze skończyła się – ominęły mnie oczepiny i szaszłyki 😦
Marysia natomiast postanowiła nadrobić za starszą siostrę i bawiła się do 22giej. Nawet w trakcie zasypiania (odbyły się trzy próby) otwierała oczy i krzyczała „la la la tańczy” i leciała do drzwi żeby wrócić na salę 🙂

Jedynie tata, który pełnił zaszczytną funkcę świadka, reprezentował na sali naszą rodzinkę do białego rana.
Dziś były poprawiny. Julia wyspała się w ciągu dnia, dzięki czemu na świętowanie była gotowa. Tylko trzeba było z nią cały czas tańczyć, bo siedzenie przy stole kończyło się podwyższona akcją i gamą niezadowolonych min. Także cały czas ktoś maszerował po sali z Julią. Marysia dalej rządziła na parkiecie, chociaż bardziej marudnie niż poprzedniej nocy. A mi się udało namierzyć szaszłyka 🙂

Moje osobiste wnioski: na tym etapie mojego macierzyństwa nie dochodzą u mnie do głosu potrzeby rozrywki. Może to się kiedyś zmieni, ale póki co zamiast szaleć na parkiecie wolałam delektować się siedzeniem przy stole i tym co na nim się znajdowało 🙂