Jeden dzień

Jakiś czas temu na naszym forum „po tracheotomii” pojawił się ciekawy pomysł. Mielibyśmy  opisać jeden dzień z życia naszych dzieciaków. Za pomysłem poszła lawina innych pomysłów – żeby zrobić konkurs, żeby te opowiadania potem wydać….

Póki co powstają opowiadania. Są dostępne na stronie użytkownika naszego forum http://lgmd.andreovia.pl/1dzien.htm

Ja również opisałam nasz dzień. Wybrałam sobotę, bo w sobotę tatuś nie pracuje, jesteśmy razem i jest to najbardziej zakręcony dzień tygodnia. W tygodniu też jest ciekawie, ale dopiero po 15-stej jak tatuś wróci do domu 😉

Poza tym u nas wszyscy zdrowi, trwa sezon urodzinowy. Za nami urodziny obu babć, roczek Weronisi. Przed nami wyjazd urodzinowy do Oliwki, urodziny wujka, no i lada moment naszych dziewczynek. 5 lat i 3 lata – jak ten czas leci…

Na deser zdjęcie z procesji Bożego Ciała. W tym roku dziewczyny (wszystkie trzy – w ostatnim wózku Weronisia) wytrwały do końca uroczystości (4 godziny) i otrzymały błogosławieństwo prymicyjne księdza Krystiana, z którym się zaprzyjaźniliśmy w czasie jego praktyki diakońskiej w naszej parafii.

Dzień Dziecka 2011

Tegoroczny dzień dziecka rozpoczęliśmy festynem w szkole. Marysia poszła z dziadkiem wcześniej, żeby pomóc babci na jej stanowisku, czyli strzelnicy. Dzieci musiały trafić piłką tenisową do rozwieszonych na bramce plastikowych butelek. To  był jeden z 17 punktów, które należało zaliczyć żeby otrzymać nagrodę. Mary dzielnie przynosiła piłki które poleciały za daleko. Jakieś 45 minut później dotarłyśmy na miejsce i my – czyli Jula i ja. Pogadałyśmy z nauczycielkami, obejrzałyśmy boisko zapełnione różnymi punktami sportowo-kreatywnymi, posłuchałyśmy orkiestry, patrzyłyśmy jak dzieci zjeżdżają z ogromnej dmuchanej zjeżdżalni i wróciłyśmy do domu bo było nam za gorąco. 

Po południu przyjechała ciocia Monia z Weroniką. Babcia przyniosła ciacho dla wszystkich z okazji Dnia Dziecka i tak świętowaliśmy razem. Jula razem z dziadkiem i tatusiem grali w pingponga na Wii. Marysia, która uwielbia swoją kuzynkę – Pyśkę (tak na nią wołąją jej rodzice), biegała za nią co krok, mówiła "Kocham Cię Pyśka!", przytulała gdy ta tylko zajęczała cicho, razem się musiały wykąpać i na koniec dnia, kiedy Weronka musiała jechać do domu to była wielka rozpacz i zaśnięcie we łzach.

I tak nam minął Dzień Dziecka. Jutro wizyta drugiej małej kuzynki i wypad babski do kina 🙂

Po Wielkanocy

Wciąż dochodzimy do siebie po naszym tygodniowym wypadzie w okolice stolicy. Wszystko jest ok, ale prania mnóstwo, prasowania, dom zapuszczony, odwiedziny rodziny, lodówka do uzupełnienia i takie tam 😉
Cały Wielki Tydzień spędziliśmy na spacerach, bez komputera i telewizora, z obcowaniem ze zwierzętami.
Pierwsze dwa dni spędziliśmy u Sióstr Szensztackich w Świdrze.
Zaczęliśmy średnio udaną wycieczką na Złote Tarasy – najmilsze z wyprawy do Warszawy było spotkanie się z ciocią Anią, poza tym tylko tłum, hałas, brak swobodnego przejścia dla dwóch wózków, windy nie dojeżdżające na każde piętro no i godzina w korku  w drodze powrotnej… Przy okazji zrobiliśmy sobie fotki pod Pałacem Kultury

Druga wycieczka była bardziej udana – do Otwocka.
Na trzeci dzień przenieśliśmy się ze Świdra do Józefowa – do Ojców Szensztackich. Tam, w sosnowym lesie, w cieniu sanktuarium Syjonu jest mój "duchowy" dom… Marysia zaprzyjaźniła się z Borko i Purą – dwoma pieskami. Wprawdzie ani razu żadnego nie dotknęła, ale codziennie kilka razy albo ich szukała w lesie, albo zabierała na przechadzkę.

W czwartek spotkaliśmy się na spacerze w Łazienkach Królewskich z Precelem i jego rodzinką. Tam było cudownie – zwierzątka, które nie bały się ludzi (na zdjęciu: ślimak jest ze Świdra, piesek to Borko, reszta zwierzaków z Łazienek),

ciepłe słoneczko, bajeczna przyroda, smaczne lody i gofry (wcale nie kosmicznie drogie), i oczywiście Marysine ‚pawiany’.

Marysia chciała poprosić pawia żeby rozłożył ogon i krzyczała do niego "pawianie, pawianie, pokaż ogon!"
Jula była tego dnia wyjątkowo spokojna, jak na siedzenie w wózku.

Kolejne dni to już było Triduum Paschalne i Wielkanoc, więc siedzieliśmy na miejscu. Do domu zjechaliśmy w nocy z niedzieli na poniedziałek… i do roboty…

Emilka

14 marca na świecie pojawiła się długo wyczekiwana druga kuzynka Julki i Marysi – Emilka. Obie dziewczyny nie mogą się doczekać, kiedy będą mogły poznać najmłodszą kuzyneczkę. Mała jest jeszcze w szpitalu, może jutro wyjdzie. Niestety u nas zaraza, więc zanim tam pojedziemy to minie trochę czasu i Emi urośnie. W związku z tym pozwolę sobie skopiować, póki co, zdjęcie z bloga Emilki 🙂

Pierwszy wiosenny spacer

Mieliśmy spędzić niedzielę w domu w towarzystwie znajomych z dwoma szkrabami takimi jak Mary. Nie widzieliśmy się od kilku lat… Niestety los spłatał nam figla i się rozłożyliśmy – tzn. Marysia, tata i ja – katar, bolące gardło i takie tam…

W drodze do kościoła poczułam TO wiosenne ciepło i postanowiłam, że musimy wyjść gdzieś z Julą. Nie lubimy chodzić po naszym osiedlu, więc spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Pruszcza. Dziewczyny były zachwycone wyjściem z domu. Dotlenione = szczęśliwsze 🙂

Świeże powietrze chyba trochę nam pomogło na przeziębienie, bo dziś już resztki kataru zostały. Oby było coraz więcej takich dni. Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy mogły przesiadywać w ogródku…

Prosiaczek i Motylek znów w akcji

Prawie z tygodniowym opóźnieniem przedstawiam Wam dalsze losy Prosiaczka i Motylka, które wykorzystując okazję, że druga babcia też uczy w szkole, znalazły się na drugim balu przebierańców. Tym razem byłyśmy we cztery baby (dziewczynki, babcia i ja).

I tym razem Julia była bardzo zaciekawiona zabawą, otoczeniem, strojami dzieci i panią prowadzącą zabawę. Nawet wzięłyśmy udział w jednym konkursie, ale niestety mamy intuicja wybrała zły róg sali i odpadłyśmy przed finiszem…

Mary natomiast podobnie jak tydzień wcześniej była zainteresowana najbardziej… stołem (na zdjęciach wciąż coś wcina) 😉 Tańczyć zaczęła nieśmiało dopiero na 20 minut przed końcem imprezy. Zresztą tego dnia jechaliśmy do Słupska i cały czas mówiła, że chce już jechać do Dominika i Oliwki.

Pierwszy bal przebierańców

I tak oto już za nami pierwszy bal przebierańców. Niestety, ja mama nie uczestniczyłam w tym wielkim wydarzeniu, gdyż w tym czasie musiałam gdzie indziej reprezentować naszą rodzinę. W zastępstwie pojechała mama chrzestna, która zdała mi po powrocie dokładną relację z zabawy.

Wczoraj w nocy razem z tatą jeszcze nie mieliśmy stroju dla Julii. Mary chciała być motylkiem od początku – wiedziała co ubierze, sama się upominała. Julii natomiast podobał się każdy pomysł – od księżniczki, przez auto/lokomotywę (cały wózek miałby być obudowany kartonami), aż po fokę na górze lodowej. Ostatecznie ok. 24 zaczęłam przeglądać projekty masek karnawałowych w internecie i tata po przetrzepaniu Julii ciuchów wpadł na pomysł, że będzie Prosiaczek (oczywiście ten z Kubusia Puchatka). Mama wydrukowała, wycieła, posklejała maskę (na wszelki wypadek zrobiłam tez maskę Tessie z Noddy’ego) i oto jest Prosiaczek (może nie profesjonalny, ale słodki):

Trochę się bałam, że Julii nie będzie się podobała impreza wśród nieznanych ludzi, w hałasie – a tu, proszę, niespodzianka… Julia zgodnie z relacją taty i cioci była bardzo zainteresowana zabawą i gdzie coś się działo, tam chciała patrzeć. Załapała się nawet na zdjęcie ze swoim przyjacielem Kubusiem 🙂

Marysia natomiast przez pierwsze pół godziny (zabawa trwała dwie) w ogóle nie chciała wejść na salę taneczną – przez tegoż Kubusia właśnie. Najbardziej podobała się jej ten "inny bal" (czyli ten, który odbywał się w sali obok przy stołach pełnych słodyczy, soczków i chipsów). Do zabawy tanecznej dołączyła dopiero przekupiona bańkami.

Po powrocie do domu już spała, ale przez sen poprosiła o swoje bańki i musiały koniecznie wylądować koło jej łóżka.

Po zabawie wszyscy pojechali do babci na obiadek i wrócili dopiero wieczorem. Ja w tym czasie pierwszy raz od … nie pamiętam kiedy … miałam wolną chatę, którą gruntownie … posprzątałam. Na głowę upadłam chyba – zamiast walnąć się z książką na kanapie albo coś takiego… Eh… Może jeszcze gdzieś ich wyślę kiedyś i nauczę się odpoczywać 😉

A za tydzień w sobotę … drugi bal przebierańców dla dzieci, u drugiej babci w szkole. I na ten na szczęście mogę iść 🙂 dwie ulice dalej.

 

Święta w obiektywie

Po tym cały Bożonarodzeniowym świętowaniu i przed tym Sylwestrowym świętowaniem nie mam sił opisywać, więc pokażę Wam co i jak:

Przygotowania do świąt (pierniczki, choinka, pierogi):

Wigilia Bożego Narodzenia:

Boże Narodzenie w Tczewie:

II dzień świąt i słodkie "poświętach" (spotkanie z Leną i Borysem, spacer nad morzem z babcią i dziadkiem:

W kaloszach

To był nasz pierwszy naprawdę rekreacyjny weekend (bez myślenia o remoncie, imprezach itp.)…

Spędziliśmy go na Amalce w kaloszach 🙂 Lało większość czasu, ale i tak woleliśmy siedzieć tam niż w domu. Świeże powietrze, zapach grilla, itd…

Marysia, zaopatrzona w różowe kalosze, bawiła się przednio – na szczęście wzięłam kilka par spodni. Marysi najlepszą zabawą jest ta sama co świnki Peppy – zabawa w błocie.

Julia też nacieszyła się przyrodą. Babcia z dziadkiem wykombinowali swego czasu ogromny zadaszony taras, dzięki czemu żaden deszcz nie przeszkodzi w przebywaniu na dworze. W czasie gdy nie siedziała na dworze oglądała swoje ulubione bajki (teraz na czasie: Olinek Okrąglinek, Świnka Peppa i Detektywi Kubus i Tygrysek nazywane przez Mary "Myśl, myśl, myśl") i słuchała wierszy w wykonaniu tatusia.

Mam nadzieję, że jeszcze znajdziemy czas, żeby pojechać znów na Amalkę – tam jest magicznie, nawet jak pada…