Krótko było, ale dość intensywnie. W sobotę tatuś został w domku z córeczkami i z pieskiem. Dzięki Bogu że Marysią ma kochaną chrzestną która przybyła w ramach wsparcia – m. in. zapamiętała kto o której ma co jeść 🙂 Ja natomiast z całą rodziną z piętra wybyliśmy na ślub i wesele kuzyna. Wódka była gorzka więc nie piłam, zresztą i tak nie mogłam bo byłam kierowcą zapasowym, no i karmię 🙂 Kuzyn ożeniony, wesele udane, jedzenie pyszne, orkiestra super, ale niestety poza butami zdarte jeszcze mam gardło. Pod koniec imprezy (czyli ok.3 rano) zaniemówiłam prawie całkowicie. Mąż się cieszy 😉 Do domu szczęśliwie dojechałam.
Następnego dnia, czyli dziś, bez ulg. Pobudka o 7 rano – coś w rodzaju "Tupot małych stóp" na mojej głowie. Po południu poszliśmy odprowadzić ciocię do pociągu i zatrzymaliśmy się na deptaku przy fontannie, gdzie rozdawali chleb ze smalcem i ogórki kiszone. W tym miejscu muszę dać upust mojej złości na miejskie chodniki – masakra – Julia przez całą drogę do deptaku płakała przez te głupie krawężniki, połamane i ruszajce się kafle chodnikowe, dziury i wyboje. Normalnie musielibyśmy mieć koła od traktora żeby nie trzęsło wózkiem. Zrobili deptaczek w centrum miasta elegancki tylko zapomnieli, że do niego trzeba się jakoś dostać… Najważniejsze, że się Jula uspokoiła i zainteresowała fontanną i Marysią która dreptała sobie z ciocią i bardzo chciała wejść do wody. Ogólnie bardzo miłe wyjście (poza tymi chodnikami nieszczęsnymi).
