W weekend cała nasza czteroosobowa rodzinka przeszła mały sprawdzian życia. Każde z nas na swój sposób. A wszystko za sprawą nocnego czuwania modlitewnego Ruchu Sznsztackiego na Jasnej Górze, na które to wybrałam się autokarem z 48-stoma innymi osobami z naszej diecezji.
Tata pierwszy raz został z Julą na dłużej niż kilka godzin, łącznie z nocą, Jula pierwszy raz została z tatą na dłużej i bez mamy, mama zostawiła swojego skarba pierwszy raz na ponad dobę i poddała swój organizm na próbę odporności, no i Fasolka – pierwsza taka wyprawa. O ile tata z Julą poradzili sobie profesjonalnie, mimo nocnego stanu podgorączkowego Juli, to dla mnie i Fasolki wyjazd, mimo przebogatych treści i spotkania z ludźmi, okazał się dość ciężki. Maleństwo chyba w ogóle nie mogło spać, cały czas oprotestowywało moją siedzącą pozycję kopaniem, a na Jasnej Górze reagowało na każdy śpiew.
Ja byłam dzielna do trzeciej nad ranem. Do tego czasu chłonęłam jak gąbka cały klimat spotkania – samo bycie u stóp Królowej Polski – zwłaszcza że na Mszy Św. siedziałam prawie pod samym obrazem w prezbiterium, spotkania z ludżmi z całej Polski, których tak rzadko się spotyka, konferencję na temat macierzyństwa, świadectwa ludzi, a także wykład o uczuciach i film o Janie Pawle II z Johnem Voightem w autokarze w drodze na Częstochowy. Jednak mój organizm odmówił posłuszeństwa po trzeciej. Zmęczenie i stan błogosławiony no i ta wichura spowodowały nadszarpnięcie mojej jak dotąd super odporności. Liczę, że mi przejdzie w ciągu kilku dni…