Winowajca

Przez trzy dni szukaliśmy przyczyny fatalnej formy psychicznej Julii. Mało spała, wciąż płakała, ciężko było odwrócić jej uwagę. Nie pomagały nawet ulubione bajki. Niby gorączka przeszła w sobotę wieczorem na dobre, ale jeszcze pojawiły się kilka razy stany podgorączkowe, problemy z odessaniem, kilka godzin czuwania w nocy. Dziś już prawie jechaliśmy na Polanki, żeby zrobić serię badań, kiedy pani Grażynka zaproponowała, że pobierze morfologię, mocz i posiew z rurki w domu i zawiezie do szpitala. Wyniki okazały się dobre – nie ma stanu zapalnego. I wtedy coś mnie tknęło, żeby wymacać porządnie buziaka. Znalazłam dwie wybijające się piątki – dwóch winowajców 😦 Dałam jej na noc przeciwbólowy Ibufen, wysmarowałam żelem stomatologicznym i póki co śpi, ale co jakiś czas postękuje przez sen – biedna kruszynka. Serce mi pęka, kiedy płacze. Tak nie wiele można zrobić… 😦 Może macie jakieś sprawdzone sposoby?

Jakby nie było mało, to ja jestem na antybiotyku. Mam anginę ropną, katar i zatkane jedno ucho. I tylko cieszę się, że Marysia wyszła z kataru bez większych komplikacji i rozbraja nas swoim uśmiechem i śmiechem.Mam nadzieję, że zęby Julki się szybko wybiją i znów zacznie się do nas uśmiechać…

3 razy ‚BE’

Pierwsze BE to mój kręgosłup. Niby było lepiej, ale po dzisiejszej nocy (nieprzespanej w dodatku) znów dokucza.

Drugie BE to katar Marysi, przez który kaszle jakby co najmniej miała gruźlicę. Od wczoraj robię jej inhalacje nawilżające, podaję sól morską i więcej witaminek – widzę, że jest lepiej, ale w głowie mam różne wizje, szkoda gadać (tak się ma jak się za dużo przebywało na oddziałach szpitalnych)…

Trzecie BE to 38,3stC u Julki. Temperatura juz się na szczęście zbiła, ale Julka jest marudna i ma dużo wydzielinyTo pewnie kolejny wurus w jej stylu (mam nadzieję, że nic więcej).

I to wszystko właśnie wtedy gdy nie ma taty, a nasza pani doktor na urlopie.

Teraz obie śpią, a ja zabieram się za zaległe drugie śniadanie i obiad…

Delegacja i klapnięty kręgosłup

Dziś rano mój mąż pojechał w tygodniową delegację. I pewnie nie byłoby źle, gdyby nie to, że obudziłam się dziś z potwornym bólem pleców. Nie mogę się schylać ani skręcać (tzn. mogę, ale boli). Anka rehabilitantka uważa, że się przedźwignęłam. Hmm – nie trudno sie przedźwignąć nosząc na rękach 7-kilogramową Marysię. Mam nadzieję, że szybko to rozchodzę, chociaż ten tydzień bez tatusia będę musiała częściej wołać o pomoc babcię z góry. Całe szczęście jutro przyjeżdża wsparcie w postaci cioci Ewy 🙂

Pierwszy dzień zakończył się fantastycznie. Jest 22:00, a obie dziewczyny śpią – to naprawdę sukces! Ja też idę wyciągnąć się i może nasmaruję sie czymś, co by przestało boleć…

Walka z glutem

Do walki z suchą zalegającą wydzieliną musieliśmy wprowadzić inhalacje.

Cały czas jest bezgorączkowo i bez innych dolegliwości. Julia wszystko zjada, spokojnie śpi i ma dobry humor, nawet ćwiczy tak samo i to bez respiratora.

Jedyny problem to odessać tego gluta zalegającego w prawym oskrzelu. Najgorsze jest gdy słychać furczenie, a nie można nic złapać – nie pomaga oklepanie, drenażowanie. Czasem wystarczy dobrze ułożyc Julkę (głowa pod odpowiednim kątem do tłowia itp.) i wtedy wszystko wychodzi, ale znalezienie kluczowej pozycji nie jest takie proste. Mam nadzieję, że inhalacje pomogą i obejdzie się od drastyczniejszych metod leczenia (antybiotykiem).

A żeby nie było tak źle, to Marysia dwie ostatnie noce przespała całe – czyli od 22 wieczorem do 6 rano…

No i czekamy na wieści z Poznania, gdzie ciocia Ania trafiła na porodówkę…

W gorszej formie

Jesień daje się nam we znaki. Ja odchorowałam z temepraturą 38,8. Julia ma gęstszą wydzielinę, częściej trzeba ją odsysać i szybciej się męczy bez respiratora. Całe szczęście, obeszło się bez temperatury. Może przejdzie łagodnie. Wprowadziliśmy do diety syropek na odporność. Taki urok jesieni – większość dzieci choruje. Mam jednak nadzieję, że jeszcze przyjdzie złota polska jesień i pospacerujemy trochę, bo w tym deszczu to kiepsko widzę…

Jednak trzydniówka

No i po gorączce…

… za to z masą krosteczek/plamek na brzuchu, szyi, plecach… Zabawne, że tak często diagnozę poznaje się dopiero na koniec przebycia choroby… Ale przynajmniej trzydniówkę mamy za sobą – pierwszą chorobę zakaźną.

To by było na tyle jeśli chodzi o stan zdrowia Julii. Odsypianie tych gorączek jeszcze trwa, ale już zaczynamy wracać do normalnego rytmu dobowego.

Pozdrawiam wszystkich trzymających kciuki 🙂

Odsypianie

Nie wiem czy to już koniec… Oby! Wczoraj mieliśmy tylko dwa kryzysy po 38 stopni (rano i popołudniu) – to nie to co cztery przedwczoraj po 39. Więc już jest postęp. Noc upłynęła spokojnie. Wprawdzie dziś rano też się jeszcze pojawiło 38 na termometrze, ale póki co od tej pory nic się nie dzieje. Humor dopisuje, no poza czasem kiedy śpi, a śpi baaaardzo dużo. Teraz już godzinę, a po nocy do 13-tej spokojnego snu. Wygląda na to, że obie odsypiamy wirusa i leczymy rany. Bo ja dziś z przed  13-stą nie wyszłam z łóżka (poza karmieniami i przewijaniem i odsysaniem – ale to przecież norma).

Co do wyczekanej przeze mnie wysypki. Hmm… Coś tam jest, ale czy to wysypka od trzydniówki, czy od uczulenia jakiegoś to nie umiem jednoznacznie stwierdzić.

Jedno jest pewne, za oknem słońca więcej, a z nim nadzieja na "precz wirusom" i na wytęsknione spacerowanie…

39stC

No i mamy jakiegoś potwornego wirusa 😦

Gorączka od dwóch dni 39 stopni i wyżej. Pani doktor osłuchała dokładnie, ale nic nie usłyszała niepokojącego (a mówią, że jak anestezjolog nie usłyszy to nikt nie usłyszy), stwierdziła lekko zaróżowione gardło, ale nie na tyle, żeby siać panikę. Narazie zbijamy gorączkę, poimy jak się da (i tu się przydał patent z zestawem kroplówkowym podłączonym do sondy – kropelka po kropelce leci woda z sokiem malinowym) i czekamy. Na zapalnie bakteryjne to nie wygląda (podobno inaczej przebiegają). 

I choć wydawałoby sę, że Jula powinna być na wskroś wyczerpana (ja bym była napewno), to ona zachowuje się jak raptem trochę osłabiona. Oczywiście w ekstremum gorączki jest bardzo rozżalona (trzeba wtedy przytulać), ale gdy już temperatura spada to można się pobawić i pośmiać. Teraz zasnęła, ale niestety niespokojnie. Męczy ją to paskudztwo. Mam nadzieję, że to się w końcu okaże trzydniówka, przyjdzie prawdziwa wiosna i będziemy mieli święty spokój.

Tymczasem przełączam się na tryb czuwanie i czuwam… tak jak wczoraj…  Ale Wy wyśpijcie się za nas dwie!!!

Dziwny wirus

Julę dopadł jakiś wirus. Wczoraj po powrocie do domu miała gorączkę 39stC, ale po podaniu Ibufenu w ciągu 20 minut wszystko sie uspokoiło. Pomyśleliśmy, że to takie odreagowanie po podrózy i całym pobycie w Wilkowie. Niestety dziś o tej samej porze (ok. 18stej) znów pojawiła sie gorączka 39,2stC, która szybko dała się zbić. Właściwie to poza tym nic się nie dzieje: żadnego kataru, kaszlu, wysypki, humor jej dopisuje… Dziwne takie…

Katarzysko

W piątek wieczorem Jula zasypiała z akcją serca 150… Dla nas to był sygnał, że lada moment będzie gorączka… I tak było: 38,2stC. Całą noc z piątku na sobotę walczyliśmy ze złym samopoczuciem Julki. W sobotę temperatura się wahała od 37 do 38stC. Oczywiście poza katarem paskudnym, żadnych innych objawów, jak zwykle… Całe leczenie: jak tylko coś nie tak się dzieje dajemy wapno, claritine, witaminę C, a jak tylko pojawi sie gorączka to ibufen. Poza tym zamieniamy kaszę na herbatkę malinową. Szkoda, że mnie nie można tak szybko i prosto wyleczyć… Walczę z katarem od 3 miesięcy…

Dziś rano nasze Słoneczko się obudziło w super humorze. Zostało jeszcze trochę kataru, ale można powiedzieć, że kryzys zażegnany… Raz w miesiącu 3-dniowa infekcja staje się dla nas normalnością.