Grypa?

No i mamy wirusa…

Mary dwa dni miała stan podgorączkowy i troche kaszlu, ale jakos funkcjonuje.

Julę dziś rozłożyła gorączka. Na zmianę sie zalewa i wysusza 😦

Tata kaszle i bolą go stawy.

A ja tylko na weekend zostawiłam ich wszystkich z ciocią (której baaaardzo dziekuję i która mam nadzieję nie będzie chora) i pojechałam w odwiedziny do mojej chrześniaczki.

Teraz czeka mnie ciężka noc…

Zastawka w respi

Dzis dowiedzieliśmy jaką ważną cześcią respiratora jest zastawka. nie wiem dokładnie o co chodzi z punktu techniczno-medycznego, ale było tak:

Raz w miesiącu wymieniamy wszystkie rury którymi leci powietrze z respiratora do Julinkowych płuc. Tydzień temu w piątek jak zwykle zostały wymienione. Od soboty Jula była jakaś nieswoja, zmęczona, miała problemy z trawieniem. Ostatnie trzy dni spała w ciągu dnia po 3 godziny co jej się normalnie nie zdarza od ponad roku. Dwie noce z saturacją 94-95% (normalnie ma 98-99%), a na wyświetlaczu respiratora bardzo małe objętości oddechu – średnio 65 (normalnie ok 130). Dziś zadzwoniłam do pani doktor, która przyjechała do nas, chociaż było późno (DZIĘKUJEMY!!!). Zbadała Julę dokładnie, nic nie wysłuchała, więc skupiła sie na respiratorze. Słuchała i słuchała, aż w końcu poprosiła mnie, abym przyniosła z innego zestwu rur nową zastawkę. Wszystkie dziwne dolegliwości zniknęły jak ręką odjął. Szok! Oczywiście Jula nie zaczęła chodzić 🙂 ale wróciły normalne, spokojne oddechy i saturacja – dla nas to dużo…

Dla niewtajemniczonych obrazowo:

Krok w tył

Każdy pobyt w szpitalu coś nam zabiera. W grudniu siadło samodzielne oddychanie (na nowo wypracowane dopiero na wiosnę), w kwietniu poszło gadanie (wszystko przez rurkę z balonem). Tym razem Jula przestała ruszać rękami, przez co klikanie stało się nie do przeskoczenia. Od nowa musimy wypracować jakiś mechanizm. Mam nadzieję, że ruchliwość rąk jest do odzyskania… Eh…

Najważniejsze że jesteśmy w domku.

W nocy było trochę stresująco. To znaczy: nic się nie działo, ale byliśmy bardzo spięci i spaliśmy wyjątkowo niespokojnie. Może dziś będzie lepiej.

Szpital w domu

Brakuje tylko rentgena, a szkoda, bo z badań wyszło, że Jula ma stan zapalny. Dostała trzecią dawkę antybiotyku (końskiego) i mam nadzieję, że teraz już ruszy się. Mam zszarpane nerwy. Już nie wiem czy nie lepiej byłoby w szpitalu, ale nasza pani doktor mówi, że damy radę. Może to normalne u naszych dzieci (duże spadki saturacji, skurcze oskrzeli, trudności w odessaniu), ale ja się boję i czeka mnie kolejna noc przeczuwana przy łóżku Julii.

Proszę Was nie tylko o modlitwę za zdrowie Julii, ale też o siłę dla mnie.

Oczywiście ze świątecznego wyjazdu nici, ale teraz mnie to najmniej martwi…

Antybiotyk i tlen na katar

Ostatni weekend spędziliśmy na naszym corocznym skupieniu wspólnotowym. Niedaleko (w Trąbkach Wielkich w cieniu sanktuarium Matki Bożej Trąbkowskiej), więc moglismy trochę dzieci popodrzucać tu i ówdzie – trochę u babci, a noc z soboty na nadzielę Julia znów nocowała u cioci Grażynki. Dawno nie czułam takiego komfortu psychicznego, wiedząc, że jest w dobrych rękach. I całe szczęście, że dane mi było te kilkanaście godzin, bo dziś niestety jestem na mega czuwaniu, jak to zwykle bywa gdy pojawia się gorączka u Julii. Wszystko przez katar, zwykły zielony, ale szybko wysychający. Zakleił swobodę oddychania przez co Julia ma spadki saturacji podobne do tych z zimy. Jednak tym razem unikniemy szpitala (mam nadzieję!!!), bo udało nam się pożyczyć koncentrator tlenu (Dziękujemy za to rodzicom dużej Julki!!!). Troszkę tlenu (nie za dużo bo wysusza) i już idzie przetrwać czas, aż zaczną działać leki rozluźniające i antybiotyk. Byle do rana… Tata jest na urlopie, to jakoś damy radę. Tylko Jula taka biedna 😦 Głupie przeziębienie przechodzi sto razy gorzej niż ja np. anginę ropną.

A jeszcze wczoraj Jula cieszyła się na widok strusi w ogródku obok domu rekolekcyjnego w którym spaliśmy.

I jeszcze jedno – Jim już nie jest Jimem. Ostatecznie został nazwany DEKO – podobno po jakimś piłkarzu 🙂 Rośnie jak na drożdżach i rozrabia coraz więcej.

Na szóstym biegu

Tatuś wylądował na zwolnieniu lekarskim, a grypa zaatakowała również nasze obie córeczki 😦 Dwa dni walczyliśmy z gorączką i cieknącymi noskami. Na szczęście nie mieliśmy problemów z odsysaniem Julii, ale na wszelki wypadek pani doktor zaleciła inhalacje i antybiotyk do szafki. Marysia wprawdzie miała wyższe temperatury od siostry, ale znacznie lepiej je przetrwała.

Dziś sytuacja jest w miarę opanowana, zostały lekkie stany podgorączkowe, katar zniknął, albo zgęstniał i się schował na jakis czas – kto go wie? Ja JESZCZE się trzymam. Możliwe że nie miałam czasu poczuć temperatury. Dopiero opada ze mnie ciśnienie, mam nadzieję, że się nie rozłożę, bo za niecałe dwa tygodnie tatuś znów wyjeżdża 😦

Stan czuwania

Wczorajsza noc dała nam sie we znaki. Julia obudziła się o drugiej w nocy i zasnęła o 5:30, a Marysia obudziła się o 5tej rano (poza dwoma karmieniami na śpiąco) i ponownie zasnęła po 7mej. I pewnie nie byłoby tak źle, gdyby gorączka Juleczki 😦 Po ostatnich przejściach szpitalnych wystarczą niewielkie zaburzenia parametrów żeby mnie ogrnął strach. Całe szczęście gorączka dała się zbić, i w ciągu dnia nic się nie działo.

Dziś do kościoła poszłam pieszo mocno wdychając mroźne powietrze licząc, że wymrozi mi w organiźmie paskudy odpowiedzialne za mój katar. Może w końcu pójdą precz wirusy i bakterie i trochę odsapniemy emocjonalnie. Czekam tej chwili z coraz większym utęsknieniem – mam nadzieję, że nie przyjdzie mi czekać do wiosny. Tymczasem jestem na czuwaniu.

A żeby mamusia nie oszlała z nerwów moje dziewczęta nauczyły się dziś nowych rzeczy. Marysia machania głową na "nie nie nie", a Julka mrugania na życzenie kilka razy 🙂 Piszemy na tablicy cyfrę 2, rysujemy dwa motylki i mrugamy sobie 🙂

Tymczasem w domu

Leczenie Marysi jest o tyle utrudnione, że ona sama stawia opór, zarówno podczas inhalacji (tu na zdjęciu akurat grzeczna była), jak i aplikowania antybiotyku (dokładnie umie nabrać wody w usta). Resztę leków rozpuszczam w mleku i herbatce i udaje się je przemycić…

Antybiotyk x2

Dzisiejszy (właściwie wczorajszy bo już po północy) poranek był straszny. Dziewczynki obudziły sie obie jednocześnie, Marysia atakiem duszącego kaszlu, Julia zalana maksymalnie. Całe szczęście babcia z góry jeszcze nie wyszła do pracy to zbiegła i pomogła mi opanować sytuację. Dziadek zadzwonił po pediatrę z przychodni na osiedlu – dzięku Bogu istnieje coś takiego jak wizyty domowe. Pani doktor przyszła w południe, osłuchała Marysię, obejrzała gardło i stwierdziła że wszystko ok, ale gdy Maryśka zakaszlała od razu wypisała receptę na antybiotyk. Podobno to częste u dzieci – wszędzie czysto, a kaszel jak u gruźlika – jakieś zapalenie krtani. Poza antybiotykiem masa innych preparatów do połykania. O zgrozo! Na szczęscie mamy inhalator i chociaż coś można podać inaczej. Po południu Julinkowa pani doktor postanowiła Julce też wprowadzić antybiotyk – objawy podobne, stan podgorączkowy, wszędzie czysto, a jednak nie tak jak powinno. Tym sposobem mamy mały szpital w domu 😦

Jedyne pocieszenie, że teraz już musi ruszyć ku lepszemu – pod warunkiem że antybiotyki trafione. Eh…

A w telewizji straszą pandemią grypy. Brrr… Mam nadzieję, że skończy się tylko na straszeniu!

Mikołajki

Już mi dokucza baaardzo chroniczny brak super ekstra wiadomości, ale życie jest jakie jest…

Mikołajkowy poranek przywitał nas gorączką 38,5 u obu dziewczynek. Zamiast szukania w butach prezentów były akcje odsysania Julii i próby podania przeciwgorączkowego leku Marysi, która na sam widok lekarstw rzuca się i pluje jak popadnie. W południe udało sie opanować sytuacje na tyle, że obie trochę odpoczęły, gorączki zmalały.

Jednak farby od Mikołaja do malowania łapkami muszą poczekać. Julia źle przechodzi infekcję 😦 Jest strasznie smutna i zmęczona. Marysia notomiast, poza atakami płaczu (podejrzewam, że spowodowanego bólem dziąseł) jest w dobrej kondycji psychicznej. Wystarczy jej ściągnąć rajstopki i już zajmuje się swoimi nogami i świata poza nimi nie widzi.

Teraz obie śpią. Czoła maja jeszcze ciepłe, Julkę co chwilę przebudza katar, a Marysię jej własny okropny kaszel (też zresztą od kataru). A jutro o świcie wyjeżdżam do Koszalina, gdzie będę trzymać do chrztu Kasię. Mam nadzieję, że tata da sobie radę, czemu nie, w końcu zawsze sobie daje radę…