Każdy pobyt w szpitalu coś nam zabiera. W grudniu siadło samodzielne oddychanie (na nowo wypracowane dopiero na wiosnę), w kwietniu poszło gadanie (wszystko przez rurkę z balonem). Tym razem Jula przestała ruszać rękami, przez co klikanie stało się nie do przeskoczenia. Od nowa musimy wypracować jakiś mechanizm. Mam nadzieję, że ruchliwość rąk jest do odzyskania… Eh…
Najważniejsze że jesteśmy w domku.
W nocy było trochę stresująco. To znaczy: nic się nie działo, ale byliśmy bardzo spięci i spaliśmy wyjątkowo niespokojnie. Może dziś będzie lepiej.