Szczypta stresu na śniadanie

Nie ma jak poranek doprawiony nutką stresu.

Na szczęście to tylko cewnik wypadł z brzucha, gdyby to była rurka tracheo nie byłoby tak spokojnie.

Foley (cewnik) wypadł w nocy (chyba podczas przekładania) i Jula spała zalana swoim jedzonkiem. Ja bym się obudziła od razu gdybym była mokra, a ona aż do rana spała jak aniołek. Dopiero jak odkryłam kołdrę to zobaczyłam wielką kałużę i cewnik obok. Próbowaliśmy cewnik umieścić na swoim miejscu, ale stomia się obkurczyła i nie daliśmy rady.

Dobrze, że jest pani dr Ania, która przed swoim dyżurem przyjechała ze skrzyneczką pełną różnych rurek. Ostatecznie udało się wcisnąć w Julii brzuch cewnik w rozmiarze mniejszym niż ostatnio. Za kilka dni trzeba będzie spróbować z większym.

Na koniec, żeby się upewnić czy na pewno rurka jest tam gdzie powinna należałoby zrobić rentgen. Żeby tego uniknąć wymyśliłyśmy, że założymy Julii sondę i w ten sposób sprawdzimy czy jest OK. Oczywiście wszystko było i jest OK…

Wniosek:  Nie taki "PEG" straszny jak mi się wydawało…

Straszne dni

Nie pisałam wcześniej, bo jakoś czasu brak. Cały czas coś się dzieje. Ostatnio rozwijamy się artystycznie. Marysia roznosi po mieszkaniu ciastolinowe literki, a Julia z pomocą pani Grażynki stworzyła zwierzątka z plastopianki. Dziadek zrobił podjazd dla wózka w ogródku i już Jula może wjeżdżać na trawę. Możecie zobaczyć w GALERII – nie mam dziś siły wrzucać zdjęć. W weekend nam się dziewczynki rozchorowały – jakaś infekcja wirusowa z gorączkami. Na szczęście skończyło się katarami i już nie ma śladu po wirusie (no może mały ślad został w moim gardle).

Ja tak krótko, bo dzisiejszy dzień jest jednym z tych smutniejszych i refleksyjnych. Nad ranem w wypadku samochodowym (TUTAJ) zginęła pani Danusia, nasza sąsiadka i najlepsza przyjaciółka mojej mamy. W ostatnich dniach dzieje się wiele strasznych rzeczy – powodzie, pożary, wypadki – jest nam przykro, ale tak jest… życie takie jest. Jednak gdy ginie ktoś bliski i to w taki straszny sposób, nasze myślenie, wartościowanie zmienia się.

Bardzo lubiłam panią Danusię. Była taka charyzmatyczna… Uwielbiałam słuchać jej opowieści o cudach, przygodach – przyciągała niesamowite historie. A teraz jej nie ma… We wtorek spędziła prawie cały dzień z moją mamą, wpadłam do nich na chwilę, akurat planowały co będą robić po wakacjach – jak zwykle miały się odchudzać. Przez cały ten smutek dzisiejszego dnia przebija się taka iskierka radości, że dane mi było jeszcze się z nią zobaczyć… Nigdy nie wiemy czy nasze spotkanie z drugim człowiekiem nie będzie pożegnaniem. Jak trafne są słowa ks. Twardowskiego "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…"
Pani Danusia osierociła troje dorosłych dzieci i 11-letnią Natalkę, która aktualnie leży w szpitalu w Łodzi na wyciągu bo ma połamane nogi (też jechała samochodem). Jej tato, mąż pani Danki, leży w szpitalu w Piotrkowie Trybunalskim. Są sami z tą wielką stratą w sercu. Pomódlcie się za nich, za siły i za szybki powrót do zdrowia i do domu…

Kolejne bakterie

Nie pisałam wcześniej, bo nie wiedziałam jak się sprawa rozwinie, ale Julka od czasu powrotu ze szpitala w oskrzelach ma bakterie, których niestety nie wytępiły antybiotyki. Tydzień temu pobrano jej kolejny posiew, z którego wyszło, że jest jeszcze dużo pneumokoka w oskrzelach. Dziś rano pani Grażynka pobrała krew do badania, ale na szczęście wyniki są prawidłowe (nie ma ukrytego stanu zapalnego) i groźba kolejnej hospitalizacji zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Jednak żeby nie kusić losu pani doktor postanowiła Julkę przeleczyć jeszcze jednym antybiotykiem. Najmniejszy katar mógłby spowodować znów ostre zapalenie oskrzeli czy płuc – a tego nie chcemy! Tydzień antybiotyku, a potem WIOSNA na całego…

Niby ok, ale…

Niby wszystko zaleczone, ale cały czas nawracają stany podgorączkowe u Julii. Na szczęście tylko w ciągu dnia. Noce Jula bardzo ładnie przesypia (w przeciwieństwie do Marysi), dzięki czemu nie jesteśmy do końca padnięci. Mimo to ostatni tydzień był jakiś taki byle jaki. Nie mamy na nic ochoty, chodzimy rozespani i przybici. Ostatnia nadzieja w wiośnie…

Żeby nie było mało, to dwie panie terapeutki się pochorowały i Jula nie ma prawie w ogóle zajęć (poza tymi z jeszcze zdrową Martą i nami – rodzicami). A w sąsiedztwie panuje jakaś grypa żołądkowa – oby do nas nie dotarła… Z tego co pamiętam, w latach ubiegłych też „żołądkówka” (nie mylić z „żołądkową”) też pojawiła się razem z roztopami.

Eh… nie lubię narzekania, ale na nic innego mnie dzis nie stać 😦

Tlen pod ręką

Nasz pokoik dziecięcy szybko zamienił się w mini szpital, ale nie zniknęły misie, książeczki, firanki z Kubusiem Puchatkiem ani pościel z króliczkami. Jest dalej kolorowo, tylko Jula dziś okupuje swoje łóżeczko (normalnie okupuje duży pokój, a w nim telewizor i komputer), a obok łóżka stoi koncentrator tlenu. I całe szczęście, że stoi, bo gdyby go nie było, pisałabym już pewnie ze szpitala. Niby nic – 38,8stC (Marysia z 38,5 biega po domu), ale dla Julii to już za dużo.  Po zasięgnięciu języka przekonałam się, że dużo naszych dzieciaków na wysoka gorączkę reaguje spadkiem saturacji, na który najlepsze jest podłączenie tlenu do respiratora – tylko troszeczkę. Tak więc zbijamy gorączkę różnymni metodami (w tym babcinymi-ziołowymi), wspomagamy tlenem i czekamy na panią doktor. Mam tylko nadzieję, że to jakis wirus, który zaraz pójdzie precz i obejdzie się bez hospitalizacji. Nie mniej jednak, będę bardzo wdzięczna za wsparcie duchowe – ja chyba nigdy nie przyzwyczaję się do chorowania dzieci…

Aktualizacja z wieczoru:

Pani doktor była. Na pierwszy rzut oka stwierdziła, że to grypa. Zalecenia: zbijać gorączkę, dopajać. Jutro rano nasza pani pielęgniarka przyjedzie pobrać krew do badań, czy aby napewno nie trzeba antybiotyku. Mam nadzieję że będzie już spokojnie. Po południu temperatra dobiła do 39,5 ale w tej chwili jest 36,2. Ironio!

Odezwę sie jutro…

 

Znów na chorobowym

Nie minął miesiąc, a my znów na chorobowym… Ta zima nas wykończy 😦

Zielony, gęsty katar utrudnia Marysi oddychanie (zwłaszcza nocą) oraz uniemożliwia wychodzenie na sanki (co w wolnym tłmaczeniu znaczy, że w ciągu dnia siedzi w domu i marudzi). Przez to, że ma mniej sił na fizyczne zajęcia, stara się dokształcać intelektualnie – np. dziś uczyła się alfabetu z programu edukacyjnego „Mądry Maluch”.

Julia począwszy od kataru na ślubie cioci tak się rozkręciła, że dziś już dobiła gorączką do 38,4. Nie byłoby tak źle, gdyby nie to, że na zmianę ma albo rzadką wydzielinę, która jak się zbierze, to potem Jula wraca parę godzin do normy, albo tak wysuszoną, że kompletnie nie można jej odessać, co też powoduje spadki parametrów. Przez te wahania naprawdę widać, że się źle czuje 😦

A ja – jestem wykończona psychicznie i przerażona prognozami pogody… Moim marzeniem teraz jest, żeby zima się skończyła, przyszła wiosna, a najlepiej od razu lato i żebyśmy mogli wyjść w końcu na dwór (choćby posiedzieć w ogrodzie). Poza tym niczego bardziej nie pragnę jak tego, żeby nasze chorowanie skończyło się szybko i w domu…

Bez rehabilitacji

Niestety nie mamy ostatnio szczęścia jeśli chodzi o rehabilitację 😦 Właśnie sie dowiedziałam, że nasz Anka ma do końca stycznia szkolenia i nie da rady przyjeżdżać. Wcześniej z pewnych powodów musieliśmy zrezygnować z drugiej pani, do ośrodka zima nie jeździmy i tym samym w tej chwili jesteśmy na lodzie 😦 Niby szpital nam refunduje rehabilitację, ale ciężko znaleźć dobrego terapeutę, który przyjedzie do nas do domu… na nasze „wygwizdowo”… Dobrze, że tata się wyspecjalizował w różnych ćwiczeniach, to będzie trzeba się ostrzej spiąć dopóki nasza Ania nie wróci.

Dobrze, że Jula chociaż regularnie ćwiczy intelektualnie z paniami logopedami.

Antybiotyk namierzony

Niesamowita jest siła internetu 🙂 Wczoraj napisałam że nie możemy dostać lekarstwa, a dziś…

…rano zadzwoniła do mnie kuzynka (z którą sie dawno nie kontaktowałam) z informacją, że jej znajoma jest farmaceutą i poszuka tego naszego antybiotyku, bo jak sie okazało normalnie już go dostać nie można w aptece. Po południu znalazł się, a właściwie jedno opakowanie w którejś hurtowni. Jutro rano możemy odebrać.

Jula ma stan podgorączkowy i wciąż dużo jej furczy, także antybiotyk jutro dostanie.

W pogoni za antybiotykiem

A u nas znów zawierucha chorobowa. Właściwie nie wiadomo jak poważna, ale pani doktor zaleciła antybiotyk, bo nie podobały się jej osłuchowo oskrzela Juli. Wprawdzie Julia była niespokojna cały dzień i może trochę więcej miała wydzieliny, ale zagorączkowała tylko raz ok. 4 rano. Teraz też nie śpi spokojnie, ale nie jest źle.

Do rzeczy… Recepta na antybiotyk jest (Unasyn – zgodny z Julii antybiotykogramem), a w każdej aptece mówią, że nie ma i w hurtowniach też nie ma 😦 Po prostu super… Zobaczymy czy jutro się uda go zdobyć. A może Jula zdąży sama zawalczyć z intruzem?

Poza tym? Do przodu… Marysia powtarza już wszystko co usłyszy, więc trzeba baaaardzo uważać przy niej na słowa.

Dzwoneczek i Zagininony Skarb

Wprawdzie bliżej nam do zimy, ale my z Julą pozostajemy w klimacie jesieni za sprawą Dzwoneczka 🙂 Film jest po prostu cudowny, polecam. Na zachętę piosenka z filmu:

Czas purpurą pokrył dumne klony
Czas ozłocił drobne listki brzóz
Czas rozwiesił lekkich mgieł zasłony
Czas jesieni kazał nadejść już
Poranny chłód spowija świat

Bledną w słońcu sennych łąk dywany
Każdy owoc ma słodyczy smak
To czas zbiorów, żniwa czas wspaniały
Śpiewa o tym każdy ptak i wiatr
Dojrzały czas, twój czas

Odnajdziesz dziś swej drogi cel
I dojdziesz wprost tam gdzie dojść chcesz
Otwórz drzwi, nie bój się żyć
Z całych sił w marzenia biec

Otwórz serce, wysoko leć
Masz dość sił by sobą być
I w ręce wziąć własny los
Wsłuchać się w serca głos
I żyć

Otwórz serce szeroko
Masz dość sił by sobą być
I własny los w dłonie weź
Wsłuchaj się w serca głos
I leć

a na marginesie:

Dzisiaj Jula w gorszej formie, bo katar zrobił sie gęsty i bardzo utrudnia oddychanie, ale jesteśmy dzielne. Jula dzielnie znosi katar (teraz sobie śpi), ja dzielnie znoszę brak snu, a Marysia chodzi z zatkanym nosem i nic sobie z tego nie robi.