Tlen pod ręką

Nasz pokoik dziecięcy szybko zamienił się w mini szpital, ale nie zniknęły misie, książeczki, firanki z Kubusiem Puchatkiem ani pościel z króliczkami. Jest dalej kolorowo, tylko Jula dziś okupuje swoje łóżeczko (normalnie okupuje duży pokój, a w nim telewizor i komputer), a obok łóżka stoi koncentrator tlenu. I całe szczęście, że stoi, bo gdyby go nie było, pisałabym już pewnie ze szpitala. Niby nic – 38,8stC (Marysia z 38,5 biega po domu), ale dla Julii to już za dużo.  Po zasięgnięciu języka przekonałam się, że dużo naszych dzieciaków na wysoka gorączkę reaguje spadkiem saturacji, na który najlepsze jest podłączenie tlenu do respiratora – tylko troszeczkę. Tak więc zbijamy gorączkę różnymni metodami (w tym babcinymi-ziołowymi), wspomagamy tlenem i czekamy na panią doktor. Mam tylko nadzieję, że to jakis wirus, który zaraz pójdzie precz i obejdzie się bez hospitalizacji. Nie mniej jednak, będę bardzo wdzięczna za wsparcie duchowe – ja chyba nigdy nie przyzwyczaję się do chorowania dzieci…

Aktualizacja z wieczoru:

Pani doktor była. Na pierwszy rzut oka stwierdziła, że to grypa. Zalecenia: zbijać gorączkę, dopajać. Jutro rano nasza pani pielęgniarka przyjedzie pobrać krew do badań, czy aby napewno nie trzeba antybiotyku. Mam nadzieję że będzie już spokojnie. Po południu temperatra dobiła do 39,5 ale w tej chwili jest 36,2. Ironio!

Odezwę sie jutro…

 

Dodaj komentarz