Nie pisałam wcześniej, bo jakoś czasu brak. Cały czas coś się dzieje. Ostatnio rozwijamy się artystycznie. Marysia roznosi po mieszkaniu ciastolinowe literki, a Julia z pomocą pani Grażynki stworzyła zwierzątka z plastopianki. Dziadek zrobił podjazd dla wózka w ogródku i już Jula może wjeżdżać na trawę. Możecie zobaczyć w GALERII – nie mam dziś siły wrzucać zdjęć. W weekend nam się dziewczynki rozchorowały – jakaś infekcja wirusowa z gorączkami. Na szczęście skończyło się katarami i już nie ma śladu po wirusie (no może mały ślad został w moim gardle).
Ja tak krótko, bo dzisiejszy dzień jest jednym z tych smutniejszych i refleksyjnych. Nad ranem w wypadku samochodowym (TUTAJ) zginęła pani Danusia, nasza sąsiadka i najlepsza przyjaciółka mojej mamy. W ostatnich dniach dzieje się wiele strasznych rzeczy – powodzie, pożary, wypadki – jest nam przykro, ale tak jest… życie takie jest. Jednak gdy ginie ktoś bliski i to w taki straszny sposób, nasze myślenie, wartościowanie zmienia się.
Pani Danusia osierociła troje dorosłych dzieci i 11-letnią Natalkę, która aktualnie leży w szpitalu w Łodzi na wyciągu bo ma połamane nogi (też jechała samochodem). Jej tato, mąż pani Danki, leży w szpitalu w Piotrkowie Trybunalskim. Są sami z tą wielką stratą w sercu. Pomódlcie się za nich, za siły i za szybki powrót do zdrowia i do domu…