Antybiotyk i tlen na katar

Ostatni weekend spędziliśmy na naszym corocznym skupieniu wspólnotowym. Niedaleko (w Trąbkach Wielkich w cieniu sanktuarium Matki Bożej Trąbkowskiej), więc moglismy trochę dzieci popodrzucać tu i ówdzie – trochę u babci, a noc z soboty na nadzielę Julia znów nocowała u cioci Grażynki. Dawno nie czułam takiego komfortu psychicznego, wiedząc, że jest w dobrych rękach. I całe szczęście, że dane mi było te kilkanaście godzin, bo dziś niestety jestem na mega czuwaniu, jak to zwykle bywa gdy pojawia się gorączka u Julii. Wszystko przez katar, zwykły zielony, ale szybko wysychający. Zakleił swobodę oddychania przez co Julia ma spadki saturacji podobne do tych z zimy. Jednak tym razem unikniemy szpitala (mam nadzieję!!!), bo udało nam się pożyczyć koncentrator tlenu (Dziękujemy za to rodzicom dużej Julki!!!). Troszkę tlenu (nie za dużo bo wysusza) i już idzie przetrwać czas, aż zaczną działać leki rozluźniające i antybiotyk. Byle do rana… Tata jest na urlopie, to jakoś damy radę. Tylko Jula taka biedna 😦 Głupie przeziębienie przechodzi sto razy gorzej niż ja np. anginę ropną.

A jeszcze wczoraj Jula cieszyła się na widok strusi w ogródku obok domu rekolekcyjnego w którym spaliśmy.

I jeszcze jedno – Jim już nie jest Jimem. Ostatecznie został nazwany DEKO – podobno po jakimś piłkarzu 🙂 Rośnie jak na drożdżach i rozrabia coraz więcej.

Dodaj komentarz