Spacer w deszczu

Dziś w ramach przyspieszania porodu moja mama i ciocia wymyęliły pieszą wyprawę do Pruszcza (3km), oczywiście z Julką… Gdy wychodziłysmy z domu pogoda była nawet znośna, ale po pierwszych 10 minutach marszu w ruch poszły parasole i pokrowiec na wózek:

Potem zerwał się jeszcze wiatr:

Trochę posiedziałyśmy na gościnie u cioci Moni i wujka Pawła. I gdy nabrałyśmy sił na dalaszy spacer i się wypogodziło wyruszyłyśmy na podbój lokalnych sklepów. Po dwóch godzinach buszowania w torebkach, sukienkach i innych ciuszkach doładowałyśmy akumulatory goframi i poszłyśmy z powrotem do domu. I znów zaczęło padać i wiać. Ledwo doszłam… Już nie wiedziałam czy mnie boli brzuch od kolki czy od skurczy… Tak czy inaczej, jestem już w domu, dotleniona, wykończona – a akcji porodowej jak nie było tak nie ma i dalej czekamy…

A Jula jak to Jula – porozglądała się, pospała, nałykała świeżego powietrza i ma nową zabawę – ze smoczkiem. Cały czas go wypluwa a potem pokazuje oczami żeby jej dać z powrotem i znowu wypluwa i tak w kółko…

Bezinteresowna pomoc

Trochę ciszy u nas ostatnio, ale jeszcze się Marysia nie urodziła – chociaż kopie nogami i się kręci jakby chciała wyjść. Do ciężkich nóg i napiętego brzucha doszły zgagi, całe szczęście, że Manti pomaga.

A skoro już piszę, to chcę Wam powiedzieć coś o pewnej młodej, wyjątkowej osobie. Odezwała się do mnie kilka miesięcy temu, że mogłaby przyjść pobawić się z Julką, a ja w tym czasie mogłabym się zająć domem, sobą. I przyszła i polubiła Julka – Weronikę. A Weronika przyszła drugi i trzeci raz i tak już zostało. Jak ma trochę czasu to wpada do nas żeby zająć Julę czytaniem czy zabawą. Czasem wyjdziemy na specer i do sklepu. W ostatnich dniach jej pomoc była niezastąpiona – za co jestem jej przeogromnie wdzięczna. 

Niesamowita jest ta bezinteresowność młodych wolontariuszy. A tyle się gada, że ta dzisiejsza młodzież to to, czy tamto… Oby każde dziecko takie jak Julka doświadczyło wsparcia ludzi takich jak Weronika… 

Podróż do przeszłości

Wczoraj zamiast sprzątać mieszkanie (juz nie mam na to sił) zaczęłam sprzatać albumy do zdjęć. Regularnie wywołuję zdjęcia, bo nie lubie ich oglądać na monitorze. W związku z tym, zebrało nam się już 9 albumów i od dłużeszgo czasu obiecywałam sobie, że w końcu opiszę te zdjęcia. W końcu mi sie udało 🙂

Przypomniałam sobie wszystkie wydarzenia minionych 5 lat – bo tyle znamy się z mężem. Najtrudniej było mi przejść przez wspomnienia z ostatnich dwóch – czasu od kiedy jest z nami Julia – czasu całkiem niespodziewanych doświadczeń, przełamywania ograniczeń i burzenia barier. Niezłą szkołę przyszło nam przejść w tych latach… I choć może wydawać się, że takie trudne to życie, to tak naprawdę jest lepsze niż to które mieliśmy zanim się Jula pojawiła wśród nas – dostrzegamy więcej niż kiedyś, cieszymy się ze wszystkich drobiazgów dnia codziennego, staliśmy się bardziej aktywni, bo nie chcemy stracić ani godziny…

Lubię wracać do przeszłości. Czasem zastanawiam się co by było, gdyby…, ale za każdym razem dochodzę do wniosku, że droga jaką przyszło mi/nam przejść była tą właściwą.

Chyba niedługo urodzę, bo mnie bierze na rozmyślania 🙂 A swoją drogą to już najwyższy czas, bo za kilka dni nie będę mogła już nic. Powoli przestaję Julię podnosić, przy dłuższym staniu robi mi się słabo, spać nie mogę, a siedzi mi się nie wygodnie  – i weź tu sobie człowieku dogodź…

TAK i NIE

Powoli zauważamy u Julii odpowiedzi TAK i NIE. Póki co Jula odpowiada w ten sposób tylko podczas zabawy, czytania czy oglądania bajek. Nie zawsze, ale coraz częściej gdy coś jest na TAK – Jula zamyka oczy (jedno mrugnięcie). Gdy coś jest na NIE mamy uciekający wzrok – Jula patrzy w sufit, rozgląda sie dookoła, ale nie spojrzy na rozmówcę. Pani logopeda wczoraj też potwierdziła nasze obserwacje. Poza tym cały czas mamy dźwięki i ruszanie ręką jak coś jest na rzeczy, ale nie są to na razie sygnały jednoznaczne. Rozwój tego rodzaju komuniakcji wymaga naprawdę dużo cierpliwości i konsekwencji, ale nie zrażamy się… Czasem zanim się włączymy jakąś zabawkę czy przewrócimy stronę w książeczce zanim doczekamy się odpowiedzi, dwadzieścia razy pytamy Juli czy na pewno chce, żeby to zrobić. Towarzyszy temu gama min i uśmiechów, ale w końcu się udaje (albo nie)…

Baba za kierownicą

Zdałam… Cudem, ale zdałam :)))))))))

Za jakiś miesiąc, jak będę miała prawko w kieszeni uważniej się rozglądajcie na drodze w naszych okolicach, bo może być niebezpiecznie 😉 A tak naprawdę, to cieszę się, że mam to za sobą. Pan egzaminator był bardzo szorstki, ale też baaardzo wyrozumiały, no i chyba trochę nie chciał oblać kobiety w ciąży… Na moje szczęście.

Jeszcze raz dzięki za trzymane kciuki!!!

3100g

Marysia jest zdecydowanie dziewczynką, waży ok. 3100g, jest przygotowana do porodu i raczej się nie obróci, bo nie ma za dużo miejsca. Serducho jej bije równo i szybko jak należy. Do terminu został jakiś miesiąc, czyli jeszcze dwa tygodnie muszę się oszczędzać, a potem… hmmm… mycie okien, pranie firanek, długodystansowe spacery i na porodówkę 😉

A poza tym zaczęliśmy remont przedpokoju i jest wesoło… 

Prawo jazdy

I po pierwszym egzaminie… Po pierwszym i przed kolejnym, co nie powinno być zaskoczeniem w dzisiejszych czasach. Otoczka egzaminu sprawia, że stres jest przeogromny, a do tego kiepski samochód się trafi i porażka gwarantowana. Tak też było ze mną… Ale co tam. Przynajmniej pani w sekretariacie się zlitowała i następny termin mam… uwaga… za trzy dni – w sobotę o 10:00! Nie wiem czy to szczęście czy nieszczęście, ale stwierdziłam, że podejdę, co mi tam. Jestem na świeżo z pasem ruchu i wiedzą teoretyczną, więc spróbuję. Tylko chciałabym żeby mi autko postawili nowsze. Bo to dzisiejsze zgasło mi o jeden raz za dużo 😦

Dziękuję wszystkim tym, co trzymali kciuki dzisiaj, i proszę żebyście w sobotę trzymali jeszcze mocniej 🙂 ale też nie za mocno, bo za trzecim razem nie będzie co trzymać 😉 

Słonecznie

Nie rozpisuję się w tygodniu, bo prowadzimy bardzo monotonny tryb życia – rano pobudka, śniadanie, sprzątanie i bajki, spacer, obiad, rehabilitacja, dżemka, powrót taty i zabawy z tatą, dobranocka, kolacja kąpiel i spać… I tak przez pięć dni w tygodniu.

Co robimy w dwa dni pozostałe? Zawsze obiecujemy sobie, że tym razem odpoczniemy w domu (ew. w ogrodzie) 🙂 i pewnie dlatego w ten weekend łapaliśmy słońce w towarzystwie Wojtusia i jego rodziców – ale nie w ogrodzie, ale w Sopocie, w Pruszczu na deptaku i na działce na Kaszubach.

W sobotę wybraliśmy się na spacer po molo, które okazało sie super atrakcją dla Wojtusia – biegał od barierki do barierki i krzyczał z radością 'woda, woda'. Parę godzinek nam zeszło na tym wędrowaniu. Przy okazji bylismy świadkami zlotu miłośników harleyów, które z hukiem przejachały przez Monte Casino. Za nimi przejechała parada samochodów "ze złotej ery amerykańskiej motoryzacji" – była to zapowiedź cars&lejdis. Autka były cudowne 🙂 Julii też się podobało, tylko mrużyła oczy na huki z gaźników… A było głośno. Sobotnie spacerowanie skończyliśmy na puszczańskim deptaku, gdzie zjedliśmy obiad w naszej ulubionej pizzerii.

W niedzielę zawinęlismy się na Amalkę. To dość przełomowy nasz wypad na działkę, ze względu na to, że Jula pierwszy raz była w jeziorze. Wprawdzie moczyła nogi tylko z tatusiem, ale bardzo jej się podobało. Poza tym, dzięki pięknej letniej pogodzie mogła się trochę poopalać. Więcej oddadzą zdjęcia 🙂

Wieczorem pojechaliśmy do cioci i wujka na mecz. I choć Polska przegrała (mimo naszych barw na twarzach), to przynajmniej zjedliśmy pyszna pizzę 🙂 A osobiście żałuję, że nie widziałam jak jechał Kubica, bo Formuła1 bardziej mi podchodzi niż piłka nożna. Julce natomiast wszystko jedno, bo ona każdy sport lubi, czasem nawet z dziadkiem ogląda Snookera z zainteresowaniem…

Yoco

Yoco jest słodziutkim, 8-tygodniowym, czarnym bolończykiem (właściwie bolończką), przywiezionym specjalnie z Czech (bo u nas są tylko białe takie pieski) dla Michała, o którym już Wam pisałam.

Dziś z Julką poszłyśmy poznać Yoco. Trochę się bałam, że Jula się przestraszy, bo ona odważna jest do psów, ale tych za ogrodzeniem. Uwielbia jak szczekają, skaczą, bacznie je wtedy obserwuje. Ale okazało się, że Yoco była bardziej zaniepokojona niż Jula. Przynajmniej na początku. Julii podobał się piesek, a pieskowi dobrze się spało pod ręką Julki. Fajnie, że Yoco jest leciutka, więc spokojnie mogła wędrować po Julce nie robiąc jej krzywdy, co zresztą spotykało się z uśmiechem mojej księżniczki. Niestety zdjęcia nie oddadzą wszystkiego, bo o ile Jula lubi pozować, "mała czarna" nie za bardzo. Także musi Wam wystarczyć moje zapewnienie, że spotkanie z psiakiem było super udanym pomysłem 🙂 Może następnym razem Yoco bardziej się ośmieli w zabawie z Julą i przed obiektywem…