Krowa, kot i halo

Nasze dzieci zaskakują nas z dnia na dzień. Może aktualnie Marysia częściej, bo w takim wieku jest, ale Julia też od czasu do czasu coś nowego odpali. Ostatnio dopracowuje mruganie na ‚tak’ – praktycznie zawsze odpowiada zgodnie z tą zasadą, a na ‚nie’ kiwa głową, jeśli ma warunki do kiwania to kręci jak kiedyś na ‚nie, nie, nie’, a jeśli nie za bardzo może się ruszać (np. gdy siedzi), to wtedy delikatnie rusza głową, tak, że wiadomo o co chodzi.

Co do postepów Marysi natomiast, to wielką zasługę ma Julia i jej codzienne klikanie obrazków. Nawet nie wiemy kiedy Marysia nauczyła się naśladować kilka zwierząt, samochód, telefon i zegar. I jeszcze podpatrzyła jak rozmawiamy przez telefon. Na hasło ‚halo’ od razu przykłada do ucha to co ma w ręku, cieszy sie i udaje że gada…

W najbliższym czasie postaram się nagrać komunikację z Julią, ale to trudniejsze, bo jak Jula widzi aparat to nieruchomieje i pozuje…

Nowa wanna – nareszcie!

Pierwsza kąpiel za nami. Tata pracował nad projektem stelaża w wolnych chwilach, potem firma jednego wujka przygotowała profile, a kolejnego wujka zespawała je i suma sumarum wyszło to:

I pewnie wszystko byłoby pieknie, gdyby nie kilka uciążliwych faktów: wanna nie przejedzie przez drzwi łazienki, jeszcze przecieka wąż pod wanną, nie mamy odpływu wody nigdzie poza łazienką. Myślę że tata – McGywer znajdzie na wszystko sposoby. Tymczasem na pierwszą kąpiel nalaliśmy wodę wiadrami i Jula była zadowolona, bo mogła swobodnie rozprostować nogi i nimi pomachać… Jak tylko zakupimy dużą gąbkę, to będziemy się kąpać na płasko, tak jak Antoś 🙂 Wtedy dopiero Jula będzie mogła się ruszać.

Naturalny tatuaż

W czwartek wieczorem tata pyta mnie czy widziałam opaleniznę Julki na kolanie… Pomyślałam – żartuje, przecież Julia na procesji Bożego Ciała miała ubrane rajstopy. Dopiero w piątek rano zobaczyłam o co mu chodzi:

Rajstopki miały kwiatki haftowane, przez które słoneczko zrobiło Julce niezłego psikusa. Zresztą nie tylko Julce, bo ja mam spalone ramiona, kark i nos…

Spotkania po latach

W związku z tym, że nasz długi weekend przebiega dość intesywnie, pozwolę sobie go rozbić na kilka wpisów.

Po pierwsze jest to czas spotkań ze znajomymi z młodocianych, szkolnych, kawalerskich czasów… W czwartek odwiedzili nas znajomi taty, z którymi nie widzieliśmy się blisko 3 lata, a w piątek moja „znajoma”, z którą nie widziałam się już 5 lat. W czwartek poznaliśmy małą Lenkę (2 miesiące młodsza od Marysi) i Maję (jeszcze w brzuchu), a w piatek Sophie, która jest 3 dni młodsza od Marysi, ale nie dała się naszej rozrabiace i nawet udało się jej wsadzić Marysi palec do nosa. Julka raczej nie była zainteresowana zabawami „smarkaczy” i zajmowała sie swoimi „zabawkami”, a my rodzice mogliśmy powspominać i wymienić doświadczenia rodzicielskie 😉

Niestety w czwartek – guła – nie wyciągnęłam aparatu 😦 Więc mamy tylko zdjęcia z Sophie…

Na koniec długiego weekendu czyli jutro wybieramy się z wizytą do nowonarodzonej Natalki…

Wokół jedzenia

Witajcie po tygodniowej przerwie… Nie mam czasu na pisanie 😦 Marysia chodzi całkiem nieźle i choć nie trzeba juz jej tak bardzo asekurować, to niestety trzeba asekurować mieszkanie przed jej łapkami. Dosięga prawie wszędzie, otwiera szafki i szuflady, robi mi porządki w ubraniach, papierach. Na razie zabezpieczyłam lodówke i zamrażalkę 🙂

Ale chciałam napisać o jedzeniu słów parę… Mam wrażenie że mojej życie od jakiegoś czasu kręci sie wokół właśnie jedzenia. Rano budzi mnie Marysia, bo chce jeść – dobrze że nie muszę wstawać i przygotowywać mleka, tylko mam wszystko przy sobie 😉 Kiedy się naje, wstajemy i szybko sie ubieramy. Kiedy Julka sie obudzi musze dać jej pić, potem szybko ja ubieram, bo zaraz trzeba podać śniadanie Marysi i sama musze cos przekąsić, żeby mieć siły. Karmienie Maryśki trwa tyle, że kiedy kończy Julka musi zjeść drugie śniadanie. Potem szykuję obiad dla wszystkich – papkę dla Julii, absolutnie NIE papkę dla Marysi, no i coś dla nas. Między jabłkiem, a chrupkiem małej Jula już wypatruje obiadu, potem młoda je obiad, później muszę zagrzać obiad bo tatuś wraca z pracy, a kiedy zje i zajmie sie dziećmi, ja mogę zjeść. Po sprzątnięciu kuchni jest pora podwieczorku – Jula, Marysia, tata i ja. Co drugi/trzeci dzień w ramach zmiany otoczenia wychodzę do sklepu, a w nim robię zakupy z myślą, co komu i na co do jedzenia kupić. Gdy wracam do domu jest czas kolacyjki. Tata karmi Julę, a ja Marysię – jak się uda to kaszką. Wieczorem dzieci idą spać, a ja przygotowuję jedzenie na nastepny dzień, albo gotuję zupę dla Julii na kilka dni, raz w tygodniu zakręcam ciasto na chleb, żeby go rano upiec. Gdy ogarne dom sama zasiadam do póóóóźnej kolacji (uprzedzając komentarze – nie zrezygnuję z nocnego jedzenia chociaż wiem że to niezdrowe!) Zapomniałam dodać, że kilka razy w ciągu dnia (i parę w nocy) Maryśka podchodzi do mnie z nastawieniem konsumpcyjnym – muszę wtedy się zatrzymać i nakarmić/napoić spragnione natury dziecko. I tak dzień za dniem…

I pewnie byłoby ze mną kiepsko, ale dzięki Bogu KOCHAM JEDZENIE. Uwielbiam gotować, a w szczególności konsumować to co mi wyjdzie… Dziś też cos za mną chodzi. Hmm… Jeszcze nie rozeznałam. Może naleśniki orzechowe z nutellą albo omlet z konfiturą?

Po wojażach

Właśnie wróciliśmy ze Słupska. Tatuś wywiózł nas (mnie i dziewczynki) w środę do Oliwki i Dominika. Taka zmiana klimatu z nadmorskiego na nadmorski – bardzo fajna zmiana klimatu. Tatusiowie w pracy, a ja z ciocią z czwórką dzieci, z czego jedno ze starszych (Julia) przez pierwszą dobę klimatyzowało się w nowym miejscu w dość stresujący sposób, a dokładnie z temperaturą 37,8 i bardzo podwyższoną akcją serca. W piątek dzięki Bogu już było dobrze. Marysi natomiast wystarczyło pokazać pokój z zabawkami i już była zaklimatyzowana – ona wręcz uwielbia dzieci

Fizycznie jestem wykończona, ale psychicznie naładowana pozytywnie. I choć Julia nie za bardzo się integrowała z dziećmi (więcej czasu spędzała przy komputerze, bo przy nim była spokojniejsza), to były takie momenty, że kiedy Oliwka zadawała jej pytania odpowiadała mruganiem – wzruszały mnie takie chwile.

Marysia doskonaliła technikę chodzenia – idzie jej całkiem nieźle. Poza tym trenowała wrzucanie piłek do wiaderka i tego typu zabawy.

W sobotę przyjechał tatuś i zapakowaliśmy auta i ruszyliśmy na podbój Koszalina. Wylądowaliśmy na kręglach. Byliśmy w szoku jak nasze dzieci potrafią być grzeczne. Julia z Dominikiem z zadowoleniem obserwowali grę, Marysia siedziała grzecznie w wózku, machała nogą i jadła co jej się dało – frytki, chrupki, pizzę – samą zdrową żywność 😉 Oliwka jako najstarsza z ferajny bawiła się w pokoju zabaw i też była zadowolona. Po dwóch godzinach zabawy (nawet dobrze mi szło to trafianie w kręgle) pojechaliśmy na Górę Chełmską, do sanktuarium Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej – tam odmówiliśmy majowe nabożeństwo i wróciliśmy do domu na grilla, po którym wszyscy padliśmy jak kawki.

Niedziela minęła jak z bicza strzelił u jeszcze innych znajomych i tak się skończył nasz wyjazdowy czas, chociaż tak naprawdę moja głowa jeszcze ze Słupska nie wróciła. Teraz musimy na nowo wpaść w nasz rytm rehabilitacyjno-logopedyczny. W tym tygodniu wizyta w OWI.

Do przodu marsz

Dziś Marysia po raz pierwszy zrobiła więcej niż krok, dokładnie cztery kroki…

Tak jej się spodobało, że wstaje i cały czas próbuje. Jeszcze nie do końca łapie równowagę – nic dziwnego, w końcu ma niespełna 10 miesięcy… Chodzenie to wiąże się z nieustannym rozpostarciem ramion wszystkich obserwatorów, co by nie skończyło się szyciem małej głowy. Także teraz jeszcze więcej trzeba za nią biegać…

Jak tylko uda mi się nagrać nowe umiejętności Marysi to sie podzielę z Wami 🙂

Pierwsza gra planszowa

Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że Julka jest w wieku w którym można wprowadzić wyścigi jako formę zabawy. W związku z tym postanowiliśmy zagrać w jakąs grę planszową. Oczywiście w domu jest tylko chińczyk – trochę za trudny jak na początek – więc naprędce skonstruowaliśmy grę kubusiową. Na mapie stumilowego lasu ścigały się figurki z kubusiowych jajek z niespodzianką. Na trasie znalazły się również miejsca postoju, przyspieszenia, cofania i dodatkowego ruchu. Zamiast kostki zrobiliśmy mini koło fortuny. Julce się podobało. Tylko Marysia usilnie próbowała zrobić demolkę, chyba była zła że jej pionki (takie większe figurki kubusiowe) nie mieszczą się na planszy.

 

Zadanie dla mamy – przygotować kilka gier ambitniejszych z bohaterami bajek…

Zadanie dla taty – dopracować kostkę…