Dziś nasza rodzinka powiększyła się o małą Weronisię 🙂
Zostałam prawdziwą ciotką, a Julka i Marysia mają pierwszą kuzynkę.
Po prawie 11 latach z rdzeniowym zanikiem mięśni Julia biega po niebieskich polanach. Ten blog jest pamiątką dla tych, którzy nie chcą zapomnieć i świadectwem dla tych, którzy jej nie poznali…
Dziś nasza rodzinka powiększyła się o małą Weronisię 🙂
Zostałam prawdziwą ciotką, a Julka i Marysia mają pierwszą kuzynkę.
Wczoraj od rana z Julką rysowałyśmy i wyklejałyśmy książeczkę o wiośnie z Julinkowej teczki. Musiałyśmy się sprężyć, bo przecież wczoraj przyszło lato i nadszedł czas otworzyć drugi zeszyt.
Pogodę mamy taką spacerową, więc spacerujemy codziennie – na raty wprawdzie, ale każdy swoje wymaszeruje/wyjeździ wózkiem. Niestety za zimno jest jeszcze na basen w ogródku. Nowe stroje kąpielowe muszą poczekać.
I tak nam płynie czas… Wciąż czekamy i planujemy.
A przede wszystkim z niecierpliwością wyczekujemy pierwszej kuzynki. Termin mija już w czwartek, więc w każdej chwili może się pojawić na świecie.
Poniżej nasze bliźniaczki 😉
Obok tego czekania planujemy wakacje. Koniecznie musimy pojechać do ZOO, do Oceanarium i do Centrum Eksperymentu w Gdyni. Jak pogoda będzie chcemy trochę na działce posiedzieć. Chcielibyśmy pojechać do Bydgoszczy, Lichenia i Konina. W sierpniu rekolekcje w Koszalinie. I czeka na remont małego pokoju po jesiennym zalaniu. Kompletnie nie wiem skąd weźmiemy czas i siły na wszystko, ale muszą się znaleźć, bo potem zimą znowu siedzenie w domu.
Zdjęć nowych nie mam chwilowo. Awaria aparatu 😦
Wróciłam cała i zdrowa wczoraj o 4 rano. Los zaserwował mi w prezencie jeden dodatkowy dzień urlopu, który spędziłam z moją rodzinką. Przyczyną naszego poślizgu był… hmm… alternator, a dokładnie zużyte w nim szczotki.
Zaczęło się w drodze z domu w Rheine (tam mieszka moja rodzinka) do Szensztat (tam powstała nasza wspólnota przed prawie stu laty). Udało nam się dojechać na Górę Syjon, gdzie uczestniczyliśmy w uroczystości obłóczyn naszych kleryków. Samochód już nie odpalał normalnie, ale z górki na pazurki. Chcąc oszczędzać prąd w akumulatorze postanowiliśmy pojechać z powrotem do Rheine za jasnego, przez co musieliśmy zrezygnować z części planów. Na szczęście przed uroczystością zdążyłam odwiedzić Prasanktuarium i Kościół Adoracji, w którym pochowany jest o. Józef Kentenich – założyciel Ruchu.
W drodze do babci, na autostradzie przy zjeździe na obrzeża Koloni nasze autko zgasło zupełnie. Telefony poszły w ruch. Jako, że miałam z językiem niemieckim swego czasu do czynienia, udało mi się ściągnąć policję, która podholowała nas na stację benzynową. Tymczasem w domu babci (180km od nas) powstała plan ratowania nas, w efekcie którego o 3 w nocy przyjechali wujkowie z przyczepą. Mimo że jechaliśmy ostrożnie 16 km od domu mieliśmy kolejną przygodę – opona w przyczepce (jedna z czterech) rozerwała się na strzępy. Auto musiało dokulać się do domu samo na nowym (pożyczonym) akumulatorze.
Niedzielę spędziliśmy na przymusowym siedzeniu w domu – co akurat postrzegam jako wielki pozytyw naszego pecha. Spotkanie z rodzinką było cudowne. Nie byłam u nich 8 lat, więc było co nadrabiać 🙂
W poniedziałek rano mechanik powiedział, że komputer nie pokazuje żadnych błędów i możemy jechać na nowym akumulatorze do Polski, tylko powinniśmy oszczędzać prąd.
Przypomina mi się tekst, że z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciu. To nie dotyczy naszych rodzin. Mojej niemieckiej i wujka gorzowskiej. Postawili wszystko na głowie, żebyśmy mogli bezpiecznie wrócić do domu. I dzięki im przeogromne za to!
... korzystamy z pięknej pogody i innych miłych rzeczy;)
Dzisiejszy (a właściwie wczorajszy) dzień, jak zwykle, zaczęliśmy od ubierania, czesania, itd. Tata i Julka poradzili sobie sami, a my z Marysią udałyśmy się do salonu fryzjerskiego cioci Oli:)

Później wszyscy poszliśmy do ogrodu trochę popracować. Każdy wybrał sobie zadania:

… Marysia fizyczną

… a ja* artystyczną czyli robienie zdjęć, żeby pokazać mamie co robiliśmy;)
Pod koniec dnia przyszedł czas na relaks.


* ja czyli Ewa
Urwalam swoja smycz i wyjechalam na dlugi weekend za granice. 3000 km w 4 dni – jak za starych dobrych czasow 🙂
Jestem w Niemczech pod granica holenderska u mojej rodzinki ktorej nie widzialam 8 lat. Korzystam z komuptera kuzyna, wiec nie mam polskich znakow.
W sobote jedziemy do mojego ukochanego Szensztat. Bede pamietac takze o Was (moich czytelnikach) w Prasanktuarium MTA.
Odezwe sie jak wroce.
ps. Tatus z dziewczynkami maja wsparcie cioci i babc, a takze pelna lodowke, wiec jestem spokojna i mam zamiar sie odstresowac i zrelaksowac…
Straszyli brzydką pogodą, a tymczasem… Tak pięknie jest (oczywiście mogłoby być piękniej, ale trzeba się cieszyć tym co jest).
Słoneczko wygoniło nas z domu w sobotę i pojechaliśmy otworzyć sezon działkowania na Amalce. Jak tam jest pięknie, tylko jeszcze za chłodno żeby nocować z dziewczynkami, no i komary tną. Wróciliśmy do domu opaleni i porządnie natlenieni 🙂

W domu czekała na nas niespodzianka. Wujek Marcin przyniósł małego Joey’a. Nie wiemy jeszcze czy z nami zostanie. Marysi się spodobał bardzo. Julia nie protestowała gdy zrobił sobie legowisko na jej brzuchu, więc chyba też była zadowolona z towarzystwa kotka.

W niedzielę natomiast pojechaliśmy do Lenki na urodzinki. To już czwarte. Ależ ten czas leci… Minęły już ponad 3 lata naszej znajomości. A dziewczyny jak urosły – zobaczcie sami!

Wszystkim Mamom w dniu ich święta dużo radości, itd… :)))
Ostatni weekend rozpalił w nas nadzieję na piękna pogodę. Niestety jak szybko zapłonęła (nadzieja) tak szybko przygasła. Bo wieje, czasem pada i w ogóle jest ble!!!
Siedzimy więc w domu znów, ale żeby nie było Wam smutno parę zdjęć udało mi się skleić z tego pięknego słonecznego, cieplutkiego weekendu w Tczewie u babci (na początku kilka zdjęć z naszego ogródka z jakiegoś wcześniejszego zapowiadającego wiosnę dnia).
U nas dobrze w miarę. Czekamy na tą wiosnę i czekamy… Dziś po południu nawet ładnie było, więc posiedzieliśmy w ogrodzie, ale poza tym, to ciągle pada 😦 A do tego Jula jest na antybiotyku, bo dalej się nie chce wytępić jedna bakteria z oskrzeli. Ogólnie Jula jest zdrowa, ale wystarczyłby mały katar i bakteria mogłaby dać jej (i nam) do wiwatu, dlatego pani doktor zdecydowała się na kurację.
W między czasie pracujemy trochę. Kupiliśmy dwa zestawy kredek (jeden dla Julki, drugi dla Marysi). Zaopatrzyliśmy się w teczkę 4-latka i codziennie coś kolorujemy , wycinamy, przyklejamy. Poniżej rozszerzona galeria Julinkowych prac (tych robionych z ciocią Martą, która jest logopedą i przychodzi do Julki co sobotę). Na początku, kto nie pamięta było tak: http://julinek.blox.pl/2009/12/Galeria-prac-Julki.html Ten pan z wąsem to dziadziuś 😉

Marysia natomiast wchodzi w fazę buntu dwulatka. Jak się wkurzy, to nawet położy się na ziemi i płacze, jednak wie, że póki nie będzie spokojna to nie ma co z nami gadać. Wygląda to trochę komicznie jak zaciąga nosem powstrzymując płacz i jąka "ok" albo"już". Wtedy można dopiero rozmawiać. Bunt objawia się też tym, że na każde postawione pytanie odpowiedź brzmi "nie wiem" albo "eee… nie…". Poza tymi niuansami jest cudowna jak zawsze – jest całkowicie samodzielna w jedzeniu, uczy się wołać na nocnik z coraz lepszymi rezultatami, i cudem unika siniaków, chociaż okazji ku temu zdarza się wiele. Sięga już do klamek, więc muszę bardziej uważać, żeby nie uciekała z pokoju rano czy z mieszkania w ciągu dnia.
U góry, u dziadka codziennie jest jakiś mecz (zasługa cyfry+). Marysia często na te mecze wpada i bardzo angażuje swoje emocje w ich oglądanie. W całym domu słychac tylko jej głośne okrzyki:
„Gol!” (nie zawsze gdy padnie gol)
„Zobacz!” (do dziadka – co trzecie słowo)
„Bam!” (bo czasem faulują)
„Leży!” (bo czasem udają)
Rośnie nam mała kibicka…