Wróciłam cała i zdrowa wczoraj o 4 rano. Los zaserwował mi w prezencie jeden dodatkowy dzień urlopu, który spędziłam z moją rodzinką. Przyczyną naszego poślizgu był… hmm… alternator, a dokładnie zużyte w nim szczotki.
Zaczęło się w drodze z domu w Rheine (tam mieszka moja rodzinka) do Szensztat (tam powstała nasza wspólnota przed prawie stu laty). Udało nam się dojechać na Górę Syjon, gdzie uczestniczyliśmy w uroczystości obłóczyn naszych kleryków. Samochód już nie odpalał normalnie, ale z górki na pazurki. Chcąc oszczędzać prąd w akumulatorze postanowiliśmy pojechać z powrotem do Rheine za jasnego, przez co musieliśmy zrezygnować z części planów. Na szczęście przed uroczystością zdążyłam odwiedzić Prasanktuarium i Kościół Adoracji, w którym pochowany jest o. Józef Kentenich – założyciel Ruchu.
W drodze do babci, na autostradzie przy zjeździe na obrzeża Koloni nasze autko zgasło zupełnie. Telefony poszły w ruch. Jako, że miałam z językiem niemieckim swego czasu do czynienia, udało mi się ściągnąć policję, która podholowała nas na stację benzynową. Tymczasem w domu babci (180km od nas) powstała plan ratowania nas, w efekcie którego o 3 w nocy przyjechali wujkowie z przyczepą. Mimo że jechaliśmy ostrożnie 16 km od domu mieliśmy kolejną przygodę – opona w przyczepce (jedna z czterech) rozerwała się na strzępy. Auto musiało dokulać się do domu samo na nowym (pożyczonym) akumulatorze.
Niedzielę spędziliśmy na przymusowym siedzeniu w domu – co akurat postrzegam jako wielki pozytyw naszego pecha. Spotkanie z rodzinką było cudowne. Nie byłam u nich 8 lat, więc było co nadrabiać 🙂
W poniedziałek rano mechanik powiedział, że komputer nie pokazuje żadnych błędów i możemy jechać na nowym akumulatorze do Polski, tylko powinniśmy oszczędzać prąd.
Przypomina mi się tekst, że z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciu. To nie dotyczy naszych rodzin. Mojej niemieckiej i wujka gorzowskiej. Postawili wszystko na głowie, żebyśmy mogli bezpiecznie wrócić do domu. I dzięki im przeogromne za to!