„Obraz wigilijny”

Janusz A. Kobierski

Malował mroczną betlejemską grotę
o nocnej porze
oczekiwanie przyrody
i melodię z góry
Maryję z Józefem w niebiańskiej poświacie
schylonych nad Dzieciątkiem
osiołka i wołu w oparach oddechu
Drżącą od wzruszenia dłonią
złocił nieba gwiazdę
co chwilę najważniejszą
światu oznajmiała

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzymy Wam
dużo radości i spokoju płynących ze żłóbka,
niech nowonarodzony Jezus błogosławi każdemu z Was!

I po strachu…

Jak pisałam Wam tydzień temu, Jula miała "senno-żywieniowy" problem. Badania cukru wyszły bardzo dobrze, ale ALAT i ASPAT (próby wątrobowe) były znacznie podwyższone (130 i 180 – norma jest do ~40) oraz CRP 20. CRP powyżej 5 oznacza stan zapalny.

Nasza pani doktor od żywienia zaleciła spokój, dietę i wykonanie na nowo badań po kilku dniach. Jeszcze zanim powtórzyliśmy badania Jula odzyskała formę, zaczęła normalnie trawić i przestała spać w dzień. Przed chwilą dowiedziałam się że poziomy markerów wątrobowych spadły do 54 i 65 a CRP do 1,5. To musiał być jakiś wirus.

Kamień z serca! Można dalej szykować święta. Dziś rodzinne pieczenie pierniczków…

Cukier nie

Kilka dni temu Jula zaczęła mieć problemy z trawieniem (jak większość domowników, tyle, że każdy przychodził inaczej), a przez dwa ostatnie dni Jula co chwilę zasypiała i spała… Spała wprawdzie jak aniołek słodko, ale trochę (bardzo) to nas zaniepokoiło. Ja akurat przez te dni szkoliłam się z animacji pod Warszawą i przez to nie miałam kontroli nad domem (a lubię ją mieć, bo czuję się wtedy bezpiecznie).
Jadąc w śnieżycy ze stolicy do domu (ponad 6 godzin) wykonałam z 20 telefonów i dzięki dobrym duszyczkom udało się szybko załatwić glukometr i wykluczyć najgorsze – cukier w miarę ok, w każdym razie poziom nie cukrzycowy. Uff..
W takim razie co?
Pani doktor Ania przyjechała do Julki (Bogu niech będą dzięki!), obejrzała, stwierdziła że jest ogólnie dobrze  i dla pewności wypisała skierowanie na badania. Jutro pani Grażynka przyjedzie pobrać badania i będziemy sprawdzać… Może to wirus, a może zapalenie pęcherza. Na szczęście oddechowo wszystko w porządku i bez gorączki.

Tak to u nas wygląda… Cisza, cisza, a potem chwila podniesionej adrenaliny… A potem znowu cisza.

Wniosek – jak jest cicho to znaczy, że jest spokojnie… (Wiecie, że chcę przez to powiedzieć, że jak nic nie pisze, to znaczy że nie musicie się martwić?)

A co u nas pokrótce?
Jak większość ludzi na świecie oczekujemy i przygotowujemy się powoli do Bożego Narodzenia. Nie tylko pieczemy pierniczki i piszemy listy do Gwiazdora, ale też przygotowujemy paczki (teraz tyle okazji jest ku temu – w kościele, w pracy, w sklepie) i czasem udolnie, a czasem niestety mniej udolnie realizujemy adwentowe postanowienia. W każdym razie coś się dzieje… jak zawsze.

Marysia weszła w czas buntu. Jej ostatnim najczęściej używanym tekstem na wszystko i do prawie wszystkich jest "Nie mów tak do mnie, tylko mama może!"… I jeszcze nauczyła się zakładać rękę na rękę i robić naburmuszoną minę – tak z 30 razy dziennie.

To tyle na dziś…

A ja rosne i rosnę

Dziś po raz kolejny uświadomiłam sobie, że czas płynie, a dzieci rosną.

Posadziłam Julę na siedzisku i stwierdziłam, że czas trochę wydłużyć siedzisko, bo Julia trochę nisko ma zagłówki. Odkręciłam śrubki i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że już nie ma co wyciągać. Jula ma na maksa wyciągnięte siedzenie.

Co z tego wynika?  Czas na zmianę wózka na większy… Ta myśl mnie przeraża. Cała organizacja związana z wymianą wózka jest stresująca – trzeba zdecydować się szybko i zrobić tak, żeby było dobrze i nie tak kosmicznie drogo. No i wszystko w fundacji trzeba zgrać.

Na szczęście nie potrzebujemy całego nowego wózka, gdyż siedzisko rozmiar 2 już mamy – zakupione razem z wózkiem elektrycznym. Brak nam samej podstawy do siedziska.

W ciągu dnia udało mi się ustalić to i owo. Jak dobrze pójdzie to jutro obejrzymy i zamówimy podstawę zwykłej Kimby 2 – takiej "spacerówki" bez "specjalistycznej" blachy zwanej półką pod respirator i kosztującej nie 9 ale 4 tysiące. Półkę na sprzęt tata sam skonstruuje i zamontuje 🙂

Możliwe też, że uda nam się sprawnie załatwić nowy podstawę jezdną do mieszkania – to chyba najważniejszy punkt, bo teraz, jak jest zimno i tak nie spacerujemy nigdzie wózkiem, ale Jula siedzi sobie dużo w domu.

2-latka przy komputerze

Moje córki to komputeromaniaczki…

Marysia zaskoczyła nas swoimi umięjętnościami. Niedługo będziemy musieli jej blokować dostęp do internetu…

A niżej współpraca. Marysia przesuwa kursor, ale nie może kliknąć, bo przycisk jest pod nogą Julki i tylko ona może klikać. Dziewczynki grają w Kubusiowe Przedszkole – pomahają Maleństwu posprzątać rozrzucone rzeczy…

 

Chwila strachu

Dziś Marysia ni stąd ni zowąd zaczęła nam nagle się zasypywać czerwonymi plamkami na twarzy i na rękach. Pierwsze myśli były takie że to coś zakaźnego. W głowie szukałam z kim miała i jaki kontakt. Po telefonie do naszej pani doktor nasza wyobraźnia zaczęła pracować dość intensywnie. Jula nie ma żadnych szczepień, a choroby zakaźne typu ospa, odra itp. będzie przechodzić gorzej niż zdrowe dzieci. Nietrudno sobie wyobrazić, że w tym już prawie zimowym czasie, jeszcze tylko tego by nam brakowało.
Z racji tego, że jest niedziela i w naszej przychodni drzwi są zamknięte na klucz, tata wybrał się z Marysią do szpitala na Polankach. W drodze wysypka się uspokoiła i zaczęła cofać, więc kiedy dojechali na miejsce lekarz dyżurujący trochę się zdziwił po co tu przyjechali. Dopiero po wyjaśnieniach taty (o Julce itd.) zbadał Mary od stóp do głów i stwierdził, że to wygląda na jakiś odczyn alergiczny na to jedzenie. Przepisał krople i nakazał obserwować, bo nigdy nie wiadomo co może z tego być.

Może na koniec weekendu trochę adrenaliny było potrzebne 😉

Pikniki

Jesień za oknem, a u nas w domu tęsknota za wiosną. Objawia się ona codziennymi piknikami organizowanymi przez Marysię. Codziennie zapraszamy świnkę Peppę, dużego misia, czasem pieska. Obowiązkowo wszyscy muszą się napić herbatki albo kawki przygotowanej przez Mary. Tata pije z mleczkiem, więc jeszcze potrzebna jest krowa z klocków duplo, no bo przecież mleko jest od krowy 🙂 Niesamowita zabawa. Julia też bardzo lubi te pikniki, ma swoją filiżankę, czasem dostajemy lody też z klocków duplo, każdy na miarę swoich możliwości (Julia i Marysia – małe z trzech klocków, mama i tata – duże z dziesięciu klocków). Zapomniałam dodać, że czasem pikniki są przy stoliku, a czasem trzeba rozłożyć koc na podłodze – ten największy koc…

Poza piknikami znajdujemy czas na prace plastyczne z Julką:

… i na zabawy w tunelach zbudowanych przez Mary:

I na tym kończy się nasz czas 😉

Niespodzianka

Dziś po długiej przerwie Julia pierwszy raz zasiadła do komputera na swoim wózku. Przerwa była związana z paskudnym katarem, który paskudnie zalewał Julę. Katar najbardziej dokuczliwy jest właśnie w pozycji siedzącej, dlatego musieliśmy z niej zrezygnować. W każdym razie, Jula została podłączona do komputera przez swój przycisk pod nóżką. Niestety chyba coś nie tak się ułożyło, bo Jula nie dała rady tą nogą ruszyć. Tak bardzo jej jednak zależało na klikaniu, że aż ruszała paluszkami u rączek, więc postanowiłam sprawdzić czy może nie dadzą rady te paluszki coś zdziałać. Lewy kciuk podnosił się najwyżej, ale był za lekki żeby docisnąć przycisk. Na szczęście mama-inżynier (z zawodu) wykombinowała obciążenie dla paluszka w postaci małej żyrafki zakupionej na pchlim targu wewnątrz anglikańskiego kościoła w York. To się nazywa zrządzenie Opatrzności – nigdy nie wiadomo co i kiedy się przyda 🙂 Jak można było się spodziewać kciuk poradził sobie doskonale. W ten sposób Jula wróciła do klikania rączką po ponad roku (http://julinek.blox.pl/2009/09/Krok-w-tyl.html). Razem z Marysią skakałyśmy i biłyśmy Julii brawo za każdym razem jak udało się jej kliknąć żyrafką.

Julia, co też jest godne zaznaczenia, zrobiła się ostatnio bardzo samodzielna (czyt. – wszystko ma być robione z udziałem jej rąk). Na sobotnich zajęciach z ciocią Martą wszystko chciała robić sama – rysować, smarować klejem, naklejać. Nawet Marysia nie za bardzo mogła pomóc siostrze, choć bardzo rwała się do tego. Ostatecznie Jula zgodziła się żeby Marysia zaginała kółka, które później stały się listkami na jesiennym drzewie.

Tak na marginesie: Marta pochwaliła Marysię za świetne zginanie kółek. Mary jest bardzo zapalona jeśli chodzi o prace plastyczne – codziennie coś rysuje kredą na tablicy, koloruje kredkami kolorowanki, klei ciastolinę, trenuje wycinanie nożyczkami, a jak mama ma dobry dzień to nawet farbami maluje. Rośnie nam mały Picasso 🙂

Wyróżnienie

Nie pisałam chyba Wam wcześniej, że udzielam się troszkę w naszej parafialnej scholi dziecięcej. Podgrywam na gitarze i uczę dzieciaczki (od 6 do 12 lat) nowych piosenek. Śpiewamy w każdą niedzielę o 10:00 podczas mszy św. Z tygodnia na tydzień jest nas coraz więcej. Gdy wychodzę na próby Marysia mówi że "idę tańczyć z dziećmi" – to jedyne moje wyjście, którego nie opłakuje…

Dziś byliśmy na konkursie zespołów śpiewających, grających w dekanacie Pruszcz Gdański. Przybyło 6 zespołów, dwie duże schole (w tej drugiej śpiewały starsze dzieci) i 4 zespoły młodzieżowe. Było niesamowicie, a na koniec okazało się, że dostaliśmy wyróżnienie. Była 1 nagroda główna i dwa wyróżnienia. Byłyśmy (z panią prowadzącą scholę) mile zaskoczone, bo to pierwszy występ naszych szkrabów. Dzieciaki są strasznie podekscytowane, mam nadzieję, że ta nagroda jeszcze rozpali je do śpiewania 🙂

A w domu nieszczęsny wirus jesienny. Katar z nosów i stany podgorączkowe (poza tatusiem). Eh…

Kuzynki

Ups… Dawno mnie tu nie było.

Ostatni miesiąc był pełen różnych wyjazdów i przyjazdów, moich wyjazdów. Najpierw ta Anglia, potem Triduum Ruchu Szensztackiego, potem uroczystości jubileuszowe, zarówno wspólnotowe jak i rodzinne – tata miał urodziny. Tyle tego się działo, a przez to wszystko moja uwaga jest skierowana kompletnie w innym kierunku niż dotychczas. Nie będę się zagłębiać w szczegóły, ale przede mną pojawiły się nowe zadania "apostolskie" oraz sporo pracy manualnej. W związku z tym na pisanie czas się znacznie zredukował.

W domu spokój. W zasadzie nie dzieje się nic nowego, poza tym, że dziewczyny rosną. Rośnie też Weronika – pierwsza kuzynka Julki i Marysi. Marysia uwielbia Weronikę dopóki nie wezmę jej na ręce 😉 Potem każe cioci ją zabrać. Ostatnio gdy ciocia karmiła Weroniczkę piersią, Marysia stanęła obok z takim pełnym żalu spojrzeniem i powiedziała:
– "Ja już nie mogę, bo jestem za duża…"