Dwa oddechy

Wdech.. wchodzę na oddział, w głowie przelot myśli, niepokoju. Wyobraźnia pracuje…

Wydech… zauważam znany mi dobrze personel medyczny, uśmiechnięte pielęgniarki. Znaczy, że nie jest źle…

Wdech… ostatni przed wejściem na salę. W jakim stanie będzie moje dziecko? Czy jeszcze śpi po bronchoskopii, którą miało rano? Czy może już obserwuje świat ze szpitalnego łóżka?

Wydech… wszystko gra. Kontakt nawiązany. Na przenośnym dvd leci bajka o pingwinach, odwracająca uwagę od plątaniny kabli  i drenów. Dziecko stabilne i spokojne.

 

Powtórka z historii – zawsze te same dwa oddechy…

Tryb szpitalny

Niestety, jesień nas pokonała…

Julia ma zapalenie płuc, bezobjawowe… Tylko gorączka się pojawiła kilka dni temu, ale pani doktor tchnięta powiewem czegoś, poleciła zrobić badania krwi. CRP 300 – bardzo dużo…

Skończyło się hospitalizacją i antybiotykiem dożylnie. Jutro może będę miała jakieś informacje nowe.

Tymczasem Julia jest w miarę spokojna.

Mama idzie do szkoły

Dokładnie tak…

Jutro o 9:00 rozpoczynam przygodę z Podyplomowym Studium Teologicznym na gdyńskim oddziale UKSW. Przez najbliższe dwa lata prawie każda sobota będzie zarezerwowana na szkołę. Mam stresik, ale nie mogę się doczekać 🙂

Tymczasem pogoda dalej piękna.

Jutro po zajęciach jadę do chrześniaczki na urodzinowy weekend. Zabieram Mary, a Jula z tatusiem w końcu sobie odpoczną.

We wtorek spotkanie z dyrektorem szkoły w sprawie Julinkowych zajęć zerówkowych.

Marysia natomiast od poniedziałku zaczyna nowy etap – stacjonarne przedszkole na pół etatu (5 godzinek dziennie). Będzie obiadek, leżakowanie, spacer i wiele innych atrakcji (zapewne).

Jako, że każdy u nas w domu czeka/czekał na coś, również i tata ma nowe zajęcie. Cieszy się swoim prezentem urodzinowym i codziennie wali w elektroniczne bębny. Czasem Marysia w nie wali:

 

Pogoda nas rozpieszcza

Jak sam tytuł wskazuje, korzystamy z pogody, ba, cudownej pogody… Częściej spacerujemy osobno, ale dziś udało nam się wybrać całą rodzinką na spacer do Pruszcza. Z buta w tą i z powrotem – w sumie 5 kilometrów. Nie tak dużo, ale droga do domu jest pod górkę…

Przy trzecim rondzie zgarnęliśmy ciocię i poszliśmy na kawę i frytki do nowej knajpki w Pruszczu. Marysia mówi, że byliśmy w Kamelelonie.

Gdy najmłodszej spacerowiczce brakowało sił wspomagała się jak tylko mogła:

W drodze powrotnej zbieraliśmy kasztany i żołędzie, które po powrocie do domu przerobiliśmy zgodnie ze zwyczajem jesiennym.

Ogólnie: bardzo miła niedziela…

Ciekawe jak długo jeszcze będzie nas takie ciepłe słoneczko odwiedzało? W przyszły weekend z Marysią wyjeżdżamy do Słupska na urodziny Kasi. Mogłoby jeszcze pobyć ładnie…

Spojrzeć z perspektywy lat

„Nie zamykajmy się w domu, zaufajmy bardziej ludziom, dajmy szansę naszym dzieciom pobyć z kimś poza nami oraz innym z naszym wyjątkowym dzieckiem, więcej śpijmy i starajmy się regularnie jeść, czasem idźmy potańczyć, raz na jakiś czas do kina, zadbajmy o swoją formę (ja zaczynam od przyszłego tygodnia chodzić na aerobik w formie tańca) i nie martwmy się o wszystko, Maryja się zatroszczy…”

To moje słowa z dnia 11 listopada 2007 roku. Wpadłam na nie przypadkiem przeszukując stare posty. Pamiętam kiedy to napisałam. Byliśmy w Poznaniu u przyjaciół. Jula miała nieco ponad rok. Wujek w dwa dni nauczył się opieki nad Julką, dzięki czemu ja z ciocią mogłyśmy sobie wyjść na basen. Z uśmiecham wspominam tamte dni i prawie nie mogę uwierzyć, że tak było…

Gdyby ktoś teraz napisał mi takie słowa, to bym powiedziała: „Człowieku, co Ty wiesz o życiu?”

W 2007 patrzyłam bardziej beztrosko na otaczający mnie świat. Następne lata odkrywały przede mną różne rzeczy – nieprzewidywalność sprzętu, nietypowe zachowania dzieci i takie tam incydenty. Przez to wszystko tak rozbudowała się moja wyobraźnia, że dziś nie ufam prawie nikomu. Na szczęście dla mnie, jest mąż, pani Grażynka i moja mama. 

Z tego apelu z 2007 zostało kino 😉 Tylko w ostatnich tygodniach byłam ze trzy razy… Polecam „Kocha, lubi, szanuje”… w domu też się nie zamknęłam, więc może nie jest tak źle..

A to, że mało śpię, strasznie nieregularnie jem, przestałam tańczyć i martwię się sto razy więcej, to akurat mnie nie martwi, przynajmniej na razie… 🙂

Książka

Od ponad roku na moim komputerze w katalogu C:/BIBLIOTEKA/BLOG/KSIĄŻKA zalega 7 plików. To pierwsze rozdziały mojej „wymarzonej” książki”. Zaczęłam ją pisać z zamiarem wydania, ale pisanie okazało się trudniejsze niż się spodziewałam. Utknęłam po opisaniu pierwszego roku z Julią i od tamtej pory nie mogę ruszyć dalej.

Napisanie książki wciąż pozostaje dla mnie wyzwaniem i marzeniem, które w końcu zrealizuję, jednak dziś wiem, że nie będzie to książka w formie jaką sobie założyłam na początku. W związku z tym postanowiłam pokazać Wam te 6 rozdziałów. Nie jest to nic całkiem nowego. Są tam niektóre teksty z bloga opatrzone komentarzem z kilkuletnią perspektywą. Nie poprawiałam tych tekstów, jest to, w pewnym sensie, pierwszy rękopis…

 


0. PROLOG

1. POCZĄTEK MACIERZYŃSTWA

2. SMA

3. SZPITALNE ŻYCIE

4. COŚ O RURKACH

5. DOM

6. NASZE WYJŚCIA


 

Szkoła

Jula została zapisana do zerówki w naszej osiedlowej szkole. I póki co na tym kończy się temat szkoły. Teraz czekamy na orzeczenie w sprawie specjalnego kształcenia i indywidualnego nauczania.

Żeby było jasne, nie planujemy chodzić do szkoły, no chyba, że będzie się coś ciekawego działo (przedstawienie, festyn…). Zależy nam na godzinach pracy w domu, a żeby je Julii przyznano, musimy mieć w ręku powyższe orzeczenia. Potrwa to jeszcze maksymalnie dwa tygodnie i wtedy okaże się kto i na ile godzin będzie do Julki przychodził oraz czy to będą zajęcia przedszkolne, czy rehabilitacja.

Dokładnie w tej chwili zadzwoniła do mnie pani pedagog z poradni psychologiczno-pedagogicznej z zapytaniem czy może nas odwiedzić by poobserwować Julię. Będą w przyszły poniedziałek.

Intensywny koniec wakacji

Uciekający wakacyjny czas i perspektywa jesieni i zimy zmobilizowała nas do ruszania się poza dom. Dwa tygodnie temu zostawiłyśmy tatusia w domu i dałyśmy się we trzy wywieźć do Słupska. Spędziłyśmy kilka dni u Kasi i Wojtusia, a potem w piątek tatuś po nas przyjechał i resztę weekendu bawiliśmy się u Oliwki i Dominika. Bardzo lubimy te wizyty w Słupsku. Nasze dziewczyny mają tam swoich rówieśników. Jula – Oliwkę i Wojtusia, a Marysia – Kasię i Dominika. A, że rodzice też są rówieśnikami, to zabawa jest zawsze przednia.

 

Po powrocie do domu tatuś wyjechał na kilka dni służbowo. Nie dałyśmy mu odpocząć po powrocie, tylko od razu spakowaliśmy auto i ruszyliśmy do Wiela na Kaszuby, gdzie spotkaliśmy na się z małymi i dużymi przyjaciółmi. Spaliśmy w przytulnym drewnianym domku, kąpaliśmy się w jeziorku, obżeraliśmy się kiełbaskami z grilla, graliśmy w tenisa, babingtona, graliśmy na gitarach na pomoście podczas zachodu słońca, spacerowaliśmy… Dzieciaki szalały, Jula się relaksowała. Pogoda była cudowna. Klimat jeszcze cudowniejszy. Wspaniałe zakończenie wakacji 🙂

I znów wesele

W sobotę ciocia Ewa wyszła za wujka Konrada. Ślub był kościółku w Sopocie, a wesele w tawernie na plaży. Julia i Marysia bawiły się z nami do godziny 20-stej, a później przyjechał dziadek z ciocią pielęgniarką i zabrał je do domu, dając nam, rodzicom chwilę na szaloną zabawę.

W ciągu tych kilku pierwszych godzin imprezy dziewczynki zdążyły się troszeczkę pobawić i powdychać nadmorskie powietrze. Julia zdecydowanie bardziej niż Marysia lubi zabawy taneczne. Nie przeszkadza jej tłum i głośna muzyka. Lubi patrzeć jak ludzie pląsają. Mary natomiast tańczyła swoje balety w rytm spokojnej muzyczki w czasie obiadu, a gdy tylko zaczynała grać orkiestra, chowała się za mamą i wciąż powtarzała „Znowu wszyscy tańczą, nieładnie…„. Może do następnego wesela polubi szaleństwo. Póki co w najbliższej rodzinie cisza, więc ma trochę czasu na uspołecznianie…

Państwu Młodym i gościom bardzo dziękujemy za wszystkie „kwiatki” dla Julki!!!