Blues o czwartej nad ranem

W czasach studenckich, kiedy jeszcze maszerowałam w szeregach turystycznego klubu FIFY, każdy dzień kończyliśmy "Czarnym bluesem o czwartej nad ranem". Ostatnie dwie noce przeżywam tego bluesa na nowo, ale tym razem zamiast kłaść się spać o 4-tej, wstaję o tej porze (o zgrozo!). Marysia nie chce się cicho bawić sama, tylko radośnie popiskuje, a właściwie pokrzykuje ‚mama’, ‚tata’, ‚baba’ i dlatego musimy emigrować do drugiego pokoju żeby nie obudzić Julii i taty. Mała bawi się w najlepsze, a ja spod półprzymkniętych powiek pilnuję, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Całe szczęście po maksymalnie półtorej godzinie Marysia jest już zmęczona, zaczyna trzeć oczy i wtedy szybko ją usypiam i wracamy do łóżek. Tylko co to za spanie? Mam nadzieję, że jej tak nie zostanie na dłużej, bo nie wyrobię…

A tak poza tym to od dwóch dni przeżywamy radość raczkowania 🙂 Od dłuższego czasu młoda pełza do tyłu, podnosi pupę do góry i próbuje siadać, a teraz już powoli rusza do przodu.Jeszcze się ślizga, koleboce, wywraca, ale ma do tego pełne prawo i tak zaczyna dużo szybciej niż jest to napisane w kalendarzu rozwoju dziecka.

 
Aha! Chorowanie się skończyło. Zostały niedobitki kataru u Marysi. Całe szczęście obeszło się bez kaszlu i antybiotyku, a ja jakoś nadal się trzymam. Oby do wiosny!

Dodaj komentarz