Przychodzi taki moment kiedy bilans dobrych i złych wiadomości wychodzi na zero, gdy złe wiadomości nie martwią, a dobre nie cieszą, gdy perspektywa powrotu do domu staje się bardziej odległa niż by sie wydawało, gdy 4 godziny uśmiechów Julki nie wypełnią 20 godzin pustego domu, gdy wyczerpuje się limit uśmiechu do świata, gdy ucieka siła do tłumaczenia wszystkim dookoła, że respirator nie jest ostatecznością, ale wsparciem i szansą, gdy nie wiadomo czego się pragnie, poza tym, żeby Julka wróciła do domu i żeby można ją było przytulić… I wtedy naprawdę nie chce się pisać, bo cokolwiek się napisze, brzmi jak przeciągjący się epizod serialu brazylijskiego – rentgen dobry, ale gorączka i stan zapalny się utrzymują, maleją szanse na własny oddech, ale właściwie niekoniecznie, saturacja kiepska, choć wszystko wygląda dobrze, itd… I co druga mama w szpitalu opowiada jak już 3,4,5 miesiąc koczuje w szpitalu albo co chwilę do niego wraca… A jutro pogrzeb dziadka taty i dylemat, czy jechać na pogrzeb czy do Julki…
A czas leci… Zaczął się czwarty tydzień.
I w zasadzie zostaje tylko patrzeć przez te 20 godzin w uśmiechniętą buzię Julci i wierzyć, że w końcu będzie lepiej i będziemy znowu razem…