I po świętach…

I nie dopadło nas przeziębienie… Ufff!!! Święta były cudowne. Chociaż nie obeszło się bez małych wahań nastrojów naszej córci. Albo kolejne zęby idą, albo barszcz zaszkodził, bo dała taki popis wieczorem, że tata padł jak strzała po półgodzinnej batalii… Poza tym incydentem Julka bardzo dzielnie zniosła jazdy samochodem od jednej babci do drugiej i ciągłe koczowanie przy stole zastawionym smakołykami, których nie mogła spróbować w postaci oryginalnej. W jej życiu pojawili się też nowi przyjaciele: pan Miś i pan Żółw. Trochę niemrawi, ale ona świetnie się z nimi rozumie… A śmieje się do wszystkich (nawet do cioci Moni) i ręce wyciąga, żeby łapać wszystkich za włosy (poza dziadkiem, bo on ich nie posiada) czy korale no i swoje nogi… Najchętniej to by chciała, żeby jej cały czas te nóżki w góre trzymać tak, żeby widziała i mogła dotykać. Bo jak sie opuszcza na dół to się złości… I Elvis Presley 🙂 Wujek dostał płytę country. Tańczyłyśmy jak szalone, aż się zanosiła śmiechem… I jak tu nie wierzyć w cuda? Każdy uśmiech, każdy ruch ręki i nogi i przekręcenie głowy w lewą stronę to cuda, dzięki którym zamiast łez na twarzy pojawia się uśmiech, a głęboko zakorzeniona czujność pozwala się oderwać i nie myśleć przez chwilę o papierze z Warszawy… 

Julka z nowymi przyjaciółmi...

 

Dodaj komentarz