Pierwsze dwa tygodnie drugiego miesiąca były cudowne. Ja już się pozbierałam po porodzie, Julka zaczęła być bardziej kontaktowa. Taka uśmiechnięta i to bystre spojrzenie (kto mógł przypuszczać, że są związane z chorobą). Wprawdzie czekaliśmy aż podniesie głowę, ale nie było to wtedy takie ważne. Dopiero w 6 tygodniu przed szczepieniem zaczeliśmy się denerwować.
No i zaczęło się… Na kontrolnej wizycie po 6 tygodniu u pediatry w przychodni usłyszałam kilka mało przyjemnych słów i skierowanie do szpitala na oddział neurologii dziecięcej. Julka była baaaardzo wiotka. Dość szybko trafiliśmy do neurologa w AMG, który skierował nas do szpitala na diagnostykę. Było to 11 września (rocznica WTC), tego dnia też odbył się chrzest Julki. Nie mogłam się skupić na uroczystości, cały czas myślałam, że jutro idziemy do szpitala. W akademii spędziliśmy 4 dni… Te 4 dni zmieniły mnie całkowicie, całkiem inaczej spojrzałam na chore dzieci, poznałam nowych ludzi, matki, które przeżywały tą samą niepewność i strach o życie własnych dzieci. Badania na akademii po kolei wykluczały różne rzeczy. Zostało EMG, przewodnictwo mięśniowe oraz badanie genetyczne w kierunku SMA (rdzeniowego zaniku mięśni). Pobrali krew Julki i naszą i wysłali do Warszawy… I tak skończył się drugi miesiąc.