Awaryjne sprzęty

Dwa razy w ciągu dwóch tygodni przyszło nam chwycić za ambu i wentylować Julę ręcznie…

Za pierwszym razem po prostu respirator przestał pobierać prąd z kabla. Stało się w to w nocy, niepostrzeżenie… Nad ranem zorientowałam się że respirator działa na baterii, mimo że jest podłączony do kabla. Telefon poszedł w ruch i kilka godzin później przyjechała pani pielęgniarka z respiratorem zastępczym. Bateria wysiadła na pół godziny przed jej przybyciem, więc ręczne wentylowanie trwało aż tak długo. Poza nadszarpniętym poczuciem bezpieczeństwa całą sytuację przeżyłyśmy z Julką spokojnie (tata był w pracy). Powiedziałam Julce, że respirator się wyłączy, ale że mamy ambu, które go zastąpi i to jej wystarczyło. Nawet na chwilę nie zmieniły się jej parametry.

Drugi raz wydarzył się w miniony weekend, pod moją nieobecność. W nocy wysiadła turbina w respiratorze zastępczym i po prostu się wyłączył. Tym razem tata chwycił za ambu. Stało się to ok. 3 w nocy. Zrządzeniem Opatrzności w szpitalu dyżurowała nasza pani doktor, a na stanie był przywieziony dzień wcześniej kolejny respirator zastępczy. Dziadek pojechał po sprzęt, a rano pani doktor przyjechała po dyżurze sprawdzić czy wszystko ok. Jula podobnie jak za pierwszym razem sytuacje przyjęła bardzo spokojnie.

Można być niepewnym w życiu wielu rzeczy i można z tym żyć. Niestety poczucie, że sprzęt od którego zależy życie mojego dziecka jest awaryjny sprawia, że to życie jest na granicy psychicznej wytrzymałości. Wszyscy znamy mądre rady, żeby nie martwić się tym, na co nie ma się wpływu. W tym wypadku, choć nie mam wpływu na los, przestać się martwić nie potrafię. Mogę się jedynie modlić, aby za każdym razem, gdy coś takiego się wydarzy, w pobliżu był ktoś… w komórce był zasięg… personel szpitalny  i sprzęt zastępczy był w pogotowiu…

Bogu należy dziękować za to, że czuwa i, że stworzył nas takimi… hmm… „opanowanymi” i „nie panikującymi”.

Dodaj komentarz