Nie mam sił na pisanie… Tak po prostu albo z powodu nadwyrężonego stanu zdrowia własnego, a może to ta jesień… W ciągu tych prawie dwóch miesięcy popadliśmy w taką rutynę, że aż się nie chce pisać.
Julia po wakacjach cały czas jest w dobrej formie zdrowotnie, z dwudniowym wyjątkiem podgorączkowym. Cały czas mamy z tyłu głowy lęk o jej zdrowie, zwłaszcza wspominając ostatnie zapalenie płuc. Chuchamy więc i dmuchamy na zimne jeśli tylko to możliwe. Właściwie poza takim normalnym rytmem od początku roku szkolnego mieliśmy jedną sympatyczną Julinkową przygodą.
Nowy ksiądz katecheta poprosił mnie, abym przyszła na lekcję religii do klasy III gimnazjum i opowiedziała im o naszym życiu z Julką. W związku z tym, że w ciągu dnia nie mam z kim zostawić Julki (tata i babcia w pracy), musiała pójść ze mną do szkoły. W trakcie gdy ja miałam spotkania z uczniami, Jula zwiedzała szkołę z panią rehabilitantką i w ten sposób przeszła szkolenie biblioteczne i wypożyczyła pierwszą książkę, którą sama wybrała mruganiem. Została też pasowana uroczyście wielkim piórem na czytelnika biblioteki. Wszystko stało się bez mojej obecności, dlatego nie udało mi się tego uwiecznić aparatem.
Wykorzystując sytuację, że wyszłyśmy z domu (taka wyprawa do szkoły to wbrew pozorom megawyczyn dla takiej „wątłej” mamy jak ja), Jula odbyła swoje zajęcia z panią logopedą na terenie szkoły. Postanowiłyśmy, że jeszcze do szkoły dojdziemy, ale niestety od tamtej pory (już dwa tygodnie minęły) nam się to nie udało – pogoda i wszędobylskie wirusy jesienne nam to wciąż uniemożliwiają.
Teraz jesteśmy przez kilka dni we trzy, bo tata pojechał na południe w delegację. Marysia kicha, mnie łamie w kościach, tylko Jula się trzyma i oby tej jesieni i zimy nie dała się infekcjom.
Na koniec, żeby nie było tak ponuro wrzucam filmik z pasowania Julki na ucznia…