Jula na szczęście gorączkowała tylko dwa dni, przy czym raz miała temperaturę powyżej 38stC (dla Julii 37,1 to już gorączka). Dziś ćwiczyła już prawie normalnie, prawie, bo zasnęła w trakcie zajęć… Po wirusie pozostał tylko katar, który dziś rano przeniósł sie też na mnie 😦 Normalnie płaczę nosem… Jestem osłabiona, ale dzięki Bogu tata ma urlop i nie muszę siedzieć sama z dziewczynkami w domu. Marysia i tata jeszcze kaszlą, ale tak w ogóle funkcjonują dobrze.
Myślę, że łagodny przebieg naszej „grypy” to zasługa babci, która od tygodni męczy nas ziołolecznictwem. Codziennie dzielnie pijemy zioła szwedzkie, które maja zastosowanie na prawie wszystko. Do tego tran i wyciąg z aloesu i jakoś leci…
Czytam po blogach, że jesienny brak weny się pojawił u piszących. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że i u mnie kryzys w tej materii zawitał 😦 Mam nadzieję, że po raz kolejny wykażecie się cierpliwością…
Poza tym rozpoczęłam ogromne przedsięwzięcie pt. „decoupage pod choinkę”, także nocami maluję, wycinam, przyklejam, lakieruję i jakoś na pisanie sił brak…
Pozdrawiam wszystkich i życzę Wam odporności zarówno na wirusy te fizyczne jak i na te duchowe, prowadzące do jesiennych depresyjek!
Na koniec się jeszcze pochwalę, że udało nam się wdrożyć system usypiania Marysi metodą Super Niani. Już od dwóch tygodni zasypia bez mamusinego cycka (w ciągu dnia i nocy jeszcze korzysta z tego dobrodziejstwa) i do tego we własnym łóżeczku (nad ranem i tak ląduje u nas – nie wszystko musi być doskonałe od razu).