Poznałyśmy się dwa lata temu w szpitalu na Polankach – Monika, Beata i ja. Drugi raz udało nam się skrzyknąć i spotkać we trzy – bez dzieci, bez mężów, żeby gadać o wszystkim i o niczym przy bombach kalorycznych w sopockich kawiarniach. Julka, Lena i Maja (córeczka Moniki) leżały na tej samej sali, są rówieśniczkami. Do dziś pamiętam słowa pana doktora który tłumaczył Monice, że jej dziecko umiera. A teraz Maja uczy się chodzić… Dla mnie to CUD! Po ośmiu miesiącach respiratoroterapii, leczenia antybiotykami, Maja jakby postanowiła wrócić do domu i świetnie się rozwijać ku radości swoich rodziców i naszej. Miesiąc po Majce Jula opuściła szpital, a potem Lena. Pozostałyśmy w kontakcie, który jest dla mnie bardzo cenny, bo kto inny może zrozumieć więcej. Przez dwa miesiące spotykałyśmy się przy łóżeczkach naszych dzieci, dwa miesiące trudnych decyzji, ogromnych wzruszeń i rozczarowań, łez radości i smutku. Myślę, że obserwacje emocji, które nam towarzyszyły w tym czasie, pozwoliły nam rozumieć się bez słów. Nasze dziewczyny są silne, poza pojedynczymi epizodami omijają szpitale, każda rozwija się we własnym tempie, każda daje tyle radości. A my – mamusie, niczym mała grupa wsparcia spotykamy się (czy też dzwonimy do siebie) żeby się nimi dzielić. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale to wiele to dla mnie znaczy…Dzięki Wam dziewczyny!!!