Dziś byłam na połówkowym USG. Oczywiście nie obeszło się bez przygód. Wchodzę do przychodni, mówię, że ja na USG do dr X., a tu się okazuje, że pan doktor już skończył przyjmować. Hmm… Ja na to, że przecież dzwoniłam i mi powiedziano, że mam być po 16-stej. A pani w rejestracji: że to napewno nie u nich. Ostatecznie okazało się, że zarejestrowałam się telefonicznie w przychodni kilka przecznic dalej, nie wiedząc, że taka tam w ogóle jest i że przyjmuje w niej ten mój pan doktor. Nie wiem jak ja to zrobiłam (?). W końcu poszłyśmy tam (bo byłam z przyjaciółką) – w kolejce z 15 kobiet w ciąży. O nie… Wróciłyśmy spowrotem do pierwszej przychodni i zapisałam się do innego lekarza (całe szczęście było miejsce jeszcze jedno wolne). Weszłam jako pierwsza. A pani doktor okazała się być bardzo miłą i wesołą … kobietą w ciąży 🙂
A teraz o samym USG. Otóż… Wszystko jest super: ręce (prawie cały czas złożone jak do pacierza), nóżki, paluszki, kręgosłup, głowa, serducho, żołądek, pęcherz, nerki, przepływy pępowinowe. Wszystko na miejscu i bez żadnych widocznych wad (w sumie to jest najważniejsze w tym połówkowym USG). Poza tym, pierwsze pytanie pani doktor brzmiało "Czy chce pani znać płeć?" 🙂 No i znam – panienka Marysieńka…
Zamieszczam zdjęcia dwa. Trzeba się naprawdę dobrze przyjrzeć, żeby zobaczyć na pierwszym zdjęciu twarzyczkę skierowaną w naszą stronę (trochę ją rozmazuje z lewej strony pępowina), a na drugim w górnej części złożone rączki.

