Wczoraj byliśmy na działce nad jeziorkiem Gowidlińskim. Pogoda była cudowna… Zresztą dziś też jest 🙂 Niestety Julka nie była zachwycona klimatem tak bardzo jak my. Cały czas z buzi lała się ślina, a z nosa woda… Już nie wiem czy to od pyłków (ja jestem alergikiem wziewnym jak pół mojej rodziny) czy może kolejne zęby. Tak czy inaczej nasza sielanka skończyła się, gdy w domu po kąpieli Julkę położyliśmy spać, a ona miała akcję serca powyżej 160. O czwartej rano zmierzyłam jej temperaturę. 38,6stC, akcja prawie 180. Może to i nie dramat, ale ja wciąż pamiętam trzy miesiące spędzone w szpitalu. Tak więc, aby tego uniknąć, rozebrałam ją do pampresa, podałam ibufen na zbicie gorączki, zamiast mleka, które miała dostać wlałam w nią herbatkę rumiankową, zrobiłam zimny okład na wątrobę i czuwałam. Kiedy w końcu się uspokoiła i zasnęła ok. 5:30, ja również przysnęłam, ale co pół godziny przestawiałam budzik, żeby niczego nie przespać. O 7:00 obudziła się witając mnie swoim czarującym uśmiechem z akcją 130. Teraz znowu śpi, już nie ma gorączki, akcja ok. 140… Zobaczymy. Oby to były zęby!