Tata Lary wziął trzy dni urlopu i dzięki temu mieliśmy 9-dniowy dłuuugi weekend. Plany jak zwykle przerosły realizację, nie mniej, trochę popodróżowaliśmy.
Deszczowa pogoda 1 maja pokrzyżowała nasze wyjście na pielgrzymkę do Matemblewa, w związku z czym spędziliśmy cały dzień w domu przyjmując gości i grając (z nimi) w monopol – fajnie że wpadliście 🙂
3 maja pojechaliśmy z babcią i dziadkiem oraz z prababcią i siostrą prababci (czyli praciocią) na molo w Brzeźnie (czy tam jak kto woli na Zaspie). Przeszliśmy się deptakiem do morza, a potem usiedliśmy w barze i zjedliśmy rybki (ja jadłam solę – pycha), a Julka dostała zupę w rurę 🙂 Cały spacer (3 godziny) nie zmrużyła oka i wszystko chciała obejrzeć (szkoda że jeszcze nie mamy wózka fachowszego, bo z tego głębokiego ciężko było coś wylukać).
Weekend zakończyliśmy niedzielnym (6. 05.) spacerem po gdańskiej starówce razem z naszymi przyjaciółmi i przyszną kawą (ukłon w stronę Reni)…
W międzyczasie odwiedziliśmy również babcię w Tczewie, byliśmy na roczku Zuzi, odpoczywaliśmy na tarasie i na kanapie, wybraliśmy się do Parku Oliwskiego (mielismy jechać do ZOO, ale pojedziemy innym razem, wózkiem, w którym Jula będzie mogła siedzieć) i na deptak nasz pruszczański (wielki mi deptak 🙂 ale zawsze…).
Do realizacji: Monro: któregoś dnia napewno dojadę do Sopotu, i Wam "Rębajły" też nie odpuszczę spaceru po Gdyni! No i czekają nas spotkania z Nobciem i Miłoszkiem… Dobrze, że się pogoda poprawia, będziemy szaleć!