Na OIOMie, może trochę częściej niż w życiu w ogóle, następują zwroty akcji… Wczoraj były wieści o kaszlu, dziś też będą o kaszlu, ale z drugiej strony medalu. Zacznijmy od początku….
Wchodzę jak co południe na salę, patrzę, i ciśnienie mi podskakuje, bo Julka leży bez rury w nosie, maska tlenowa obok, saturacja 98% (czyli całkiem dobrze), trochę szarpie przeponą, ale nie tragicznie… Co jest grane? Boję się podejść, bo ostatnio jak była bez rurki to masakara – płacz, męka na twarzy itp. Podchodzę. Julcia się do mnie uśmiecha, trochę rzęzi jej w płucach, ale daje radę. Pytam lekarza, a pani doktor mi odpowiada, że się dziecko samo ekstubowało, rurka się z nosa wyślizgnęła. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie kaszel, a właściwie jego brak. To co wydawało mi się wczoraj, że jest kaszlem, w rzeczywistości jest tylko podkasływaniem, które w żaden sposób nie ewakuuje wydzieliny z płuc. Właściwie w tym momencie szanse na wyjście ze szpitala bez tracheo zmalały praktycznie do zera. Problem nie tkwi w samym oddychaniu, bo to ona potrafi robić sama, ale właśnie w odkrztuszaniu i usuwaniu flegmy. Bez rurki na stałe jest to praktycznie niemożliwe.
Dzieci są nieprzewidywalne (pani doktor była zaskoczona Julki możliwościami oddechowymi – wytrzymała 12 godzin, i gdyby nie ta flegma, dałaby radę dłużej), ale ile można leżeć w szpitalu i czekać, aż nas zaskoczą? My chcemy Julkę w domu odkarmić, dopieścić i wyćwiczyć (bo forma ruchowa spadła jej strasznie). Nie wiem jak długo to jeszcze potrwa (ten szpital), ale myślę, że jesteśmy na dobrej drodze… Już teraz jesteśmy na to gotowi. I pewnie nie bez powodu Julka się esktubowała dzisiaj. Pokazała, że nie jest taką siłaczką, jaką byśmy chcieli żeby była. Ona ma prawo być słaba, a gdy jej odpowiednio pomożemy, będzie mogła skoncentrowac siły na innych rzeczach, tych w których jest mocna…
Ile jeszcze może być zwrotów akcji? Nie wiem… Ale wierzę, że każdy przetrwam, bo "nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia, kiedy Bóg drzwi zamyka, to otwiera okno"…