Uśmiech i łzy

Dziś pierwszy raz od 3 dni pojechałam do szpitala. Nie będę się rozwodzić nad stanem zdrowia Julki, bo specjalnie się nie zmienia. Dodatkowy antybiotyk, pozycja drenażowa – powoli do przodu. Dziś coś o jej stanie psychicznym:

Jak przyjechałam do szpitala to spała. Obudziła się wypoczęta i spokojna, no może trochę agresywnie rzuciła się na różowego króliczka i prawie odgryzła mu uszy, ale nie dziwię się skoro nie ma za dużo okazji by coś do buzi włożyć… Na wiersz "Lokomotywę" reagowała płaczem. Hmm, wcześniej się cieszyła… Za to jak zaczęłam gruchać jak gołębie… UŚMIECHNĘŁA SIĘ!!! Tydzień czasu czekałam na ten uśmiech, jej uśmiech… Potem przypomniałam jej zabawę w "a kuku" (zakrywanie pieluszką i odkrywanie) – rozbawiłam ją całkowicie. Przez godzinę uśmiech nie schodził z jej twarzy. I wszystko było takie radosne dopóki nie przyszła rehabilitantka. Nie dość, że nie wiedziała gdzie co podłączyć (inhalację), to na dodatek podczas odsysania, niechcący pociągnęła za rurkę od respiratora i rozintubowała Julcię… Julka była przerażona, ja jeszcze bardziej. Dobrze, że w pobliżu był lekarz. Wyciągnął rurkę i założył Julce maseczkę z tlenem. (Ale to za wcześnie żeby ją stawiać na własny oddech, bo trzeba ją wyleczyć z tego zapalenia płuc.) Pod maską oddychała sama z wielkim wysiłkiem, ale nie radziła sobie z wydychaniem dwutlenku węgla (co wyszło na badaniu krwi) i musiała być powrotem zaintubowana. Ile ją to kosztowało stresu i sił? Podobno na OIOMie takie rzeczy się zdarzają…

A łzy z tytułu notki były moje…

Dodaj komentarz